Ex Tenebris Lux: Genesis · Rozdział 8

Rumak i łuna

Wydanie wstępne · korekta w tokuok. 3 min czytania

Mrok zapadał nad lasem Silverpine, gdy dotarli niemal do miejsca, w którym spodziewali się znaleźć odpoczynek i chwilową ulgę w podróży. Zanim wkroczyli na otwarte wzniesienie, z którego rozciągał się widok na schodzącą w dół drogę wiodącą do Pyrewood, ujrzeli jednak coś, co uświadomiło im wszystkim, iż ciemność nie podąża za nimi, lecz wyprzedza ich nieustannie. Najpierw zauważyli, że niebo na południowym-zachodzie zdaje się jarzyć lekką poświatą, jakby nie noc, lecz świt nadchodził. Nikt nie powiedział o tym ani słowa, lecz przecież wszyscy domyślali się, co to oznacza.

Potem ujrzeli coś jeszcze. Był to martwy koń. Czarny rumak leżał na skraju drogi. Zakrwawione siodło spoczywało obok ciała, gdyż popręg został rozszarpany w kilku miejscach wraz z końskim brzuchem, odsłaniając ostre końcówki złamanych żeber. Śliskie kłęby wnętrzności wylały się na zakurzoną drogę, gdzie ucztowały już kruki, które rozpierzchły się z furkotem, gdy się zbliżyli. Obok konia leżało bezgłowe truchło – wojownik armii Plagi, prawdopodobnie zwiadowca, sądząc po lekkim uzbrojeniu. Nie było niemal krwi, a zwłoki przebite zostały proporcem w błękitnych barwach.

Beors rozpoznał je natychmiast.

- To herb Barona Silverlaine’a. - Jego twierdza wznosi się nad Pyrewood. On sam zaś najwyraźniej toczy tu już swą własną wojnę.

Koń zarżał. Właściwie próbował, gdyż z chrap wydarł się tylko przerażający świst uciekającego powietrza. Jego strzaskane żebra poruszyły się i rumak wierzgnął rozpaczliwie.

- To niemożliwe – zaszeptali ludzie między sobą. – Spójrzcie na te rany…

Haagen podszedł bez słowa i nie wahając się ani chwili uderzył mieczem tak, by skrócić męki nieszczęsnego zwierzęcia. Cofnął się natychmiast, by nie zostać obryzgany krwią, lecz krwi nie było. Wtedy zauważyli coś jeszcze. Wierzchowiec nie miał oczu. Czarne jamy oczodołów zdawały się jednak ich obserwować. Błagać.

Haagen uderzył raz jeszcze. I ponownie. Koń znów spróbował zarżeć i wierzgnął dziko.

- On nie może umrzeć! – krzyknął w końcu wojownik, oblany zimnym potem – Nie chce umierać!

Reszta wpatrywała się bez słowa w budzące grozę widowisko, które odejmowało oddech i mowę.

Inquisitio Malleus położył dłoń na ramieniu Haagena, który wzdrygnął się nieświadomie, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w cierpiącego rumaka.

- On już umarł – powiedział. – To rumak Plagi.

- Skończ ten koszmar… – wyszeptał wojownik – Skończ go jakoś.

Paladyn wyszeptał kilka słów. Złota smuga przecięła powietrze i czaszka konia rozprysła się z trzaskiem. Ciało rumaka zadygotało, skurczyło się i znieruchomiało.

- Odszedł – oznajmił Nicolaus ponurym głosem.

Ruszyli dalej i wkrótce wspięli się na wzniesienie, skąd rozciągał się widok na Pyrewood. Było już niemal całkiem ciemno, lecz w dole rozpościerał się doskonale widoczny widok. Zbyt doskonale widoczny.

Łuna pożaru trawiącego osadę oświetlała orgię szaleństwa. Nieumarłych było tak wielu, iż zlewali się w jednolitą masę, która niczym czarna rzeka wlewała się właśnie przez płonącą palisadę.

Patrzyli na to w milczeniu. W rozpaczy. Głodni. Spragnieni. Wycieńczeni wędrówką. Z wnętrza osady dolatywały ledwo słyszalne krzyki, szczęk broni, który zdawał się słabnąć z każdą sekundą, widać było również złote błyski, przebijające się przez szkarłat pożaru. Od strony armii Plagi natomiast nie dochodziły żadne niemal dźwięki. Jedynie coś jakby basowe pulsowanie, które uchwycić można było bardziej trzewiami, niż słuchem. Wielu z nich znało ten dźwięk. Niczym ogromne, czarne serce, które uderzało w piersi potwora, rytmem powolnym, nieubłaganym. Groza w czystej postaci. Puls śmierci.

Któż mógł na to patrzeć i pozostać przy zdrowych zmysłach?

Ktoś jęknął rozpaczliwie. Ktoś usiadł bezwładnie na ziemi, ukrywając twarz w dłoniach i powtarzając jakieś niesłyszalne słowa.

Ktoś wyciągnął broń.

Źródło podstawowe: Kolekcja opowiadań.docx. Wydanie robocze: uporządkowany tekst źródłowy i wstępna korekta. Nie dopisano scen ani zakończenia.