Ex Tenebris Lux: Genesis · Rozdział 1

Gottfried

Wydanie wstępne · korekta w tokuok. 9 min czytania

Nim jeszcze rozległo się walenie w drzwi, paladyn w pełnej zbroi stał przed nimi, z młotem gotowym do ciosu.

- Ktoś ty!?

- Od lorda Stormbearera, panie! Otwórzcie, panie!

Głos był ochrypły, pełen desperacji i przerażenia. Niemal natychmiast łomot w ciężkie, okute stalą drzwi do komnaty się powtórzył.

- Otwórzcie, Panie! Mogą być tuż za mną!

Gottfried odsunął zasuwę.

- Wejdź!

Drzwi odskoczyły w jednej chwili. Do komnaty wpadł wysoki, uzbrojony po zęby człowiek, przedstawiający sobą mrożący krew w żyłach widok. Kolczuga wisiała na nim w strzępach, połowa twarzy była zakrwawioną maską. W miejscu lewego ucha ział straszny, czarny otwór. Krew sączyła się także z licznych innych ran, a rękojeść miecza zdawała się przyklejona zaskorupiałą mazią do jego dłoni. Mężczyzna natychmiast zatrzasnął za sobą drzwi i, dysząc ciężko, oparł się o ścianę. Po chwili osunął się na posadzkę, łapiąc powietrze otwartymi ustami.

- Co się dzieje!? Mów! - paladyn przykucnął przy nim niecierpliwie. Nagle potrząsnął głową, jakby zadziwiony tym, co robi - Nie, zaczekaj!

Zdjął szybko rękawice i położył je obok siebie. Potem przymknął oczy i wyszeptał kilka słów. Złapał siedzącego przed nim mężczyznę za zakrwawioną głowę i jego dłonie rozjarzyło złote światło, początkowo delikatne, lecz po chwili pulsujące już oślepiającym blaskiem. Mężczyzna szarpnął się gwałtownie, jęcząc z bólu, lecz paladyn nie pozwolił mu się wyrwać.

- Spokojnie, przyjacielu - powiedział łagodnie - spokojnie, wytrzymaj.

Blask zaczął wreszcie przygasać, aż zanikł zupełnie. Gottfried ostrożnie, niemal z czułością oderwał pokryte krwią dłonie od twarzy żołnierza. Tamten wpatrywał się w niego bez słowa, w jego oczach dostrzec można było wspomnienie bólu, strach, ale i ulgę. Jakby zrozumiał, że jego los znalazł się w rękach kogoś potężniejszego, jakby wiedział, że nie w jego mocy leży decydowanie o swym przeznaczeniu.

- Teraz mów - powiedział łagodnie paladyn.

- Panie, w zamku chaos! Krwawy chaos! Gwardziści skoczyli sobie nawzajem do gardeł! Poszły słuchy, że książę zabił króla i rozkazał wymordować całą Radę i większość Wysokiego Dworu. Na korytarzach zachodniego skrzydła leżą ciała…stosy ciał…

- Mów co z Glaucusem!

Mężczyzna pokręcił głową.

- Zniknął mi z oczu, gdy zaatakowali nas w Wielkim Korytarzu. Wysypali się z bocznych naw, jak szarańcza. Panie, po ich stronie walczą powstali z grobów! Żywe trupy są w mieście! Poszlibyśmy od razu w rozsypkę, gdyby nie paladyni.

Gottfried niecierpliwie machnął ręką.

- Kto był z wami?! Kto z Zakonu?!

- Lord Stormbearer, panie, lord Malleus, jego pięciu synów, sir Enneal, wojsko zakonne… niewielu… nie było czasu, myśleliśmy, że wszystko stracone… nieumarli natarli w wielkiej liczbie, jak wściekłe psy, osaczyli nas z obu stron korytarza… ostrza się ich prawie nie imają… paladyni jednak nie dali się rozbić, cały czas słyszę te grzmoty… magia wojenna… blask wypalał oczy, czarna krew wrząca jak woda…lord Valerius, on…

Nagle z korytarza dobiegł ich przeciągły krzyk i coś huknęło przeraźliwie.

Mężczyzna umilkł, po czym zerwał się na nogi, dobywając miecza. Gottfried wyprostował się i uniósł dłoń, jakby chcąc kogoś powitać. Stali tak przez chwilę, jednak hałas nie powtórzył się.

- Gdzie oni są, człowieku? - paladyn położył rękę na ramieniu żołnierza. - Musimy ich odnaleźć…teraz…

Tamten pokiwał głową. Kiedy spojrzał w oczy paladyna, strach zdawał się topnieć w nim jak wosk płonącej świecy.

- Ostatni raz widziałem ich w sali jadalnej, panie, tam się przebiliśmy. Lord Stormbearer wysłał mnie do ciebie tylnym wyjściem, lecz nikt poza mną nie zdążył się już przemknąć. Są… byli otoczeni przez gwardię i bestie Plagi.

Gottfried patrzył na niego przez chwilę bez słów. Skinął głową. Potem trzy razy odetchnął głęboko, za każdym razem wolniej. Oparł młot bijakiem o podłogę i ukląkł przed nim, schylając głowę. Z jego ust popłynęły słowa Litanii Światła.

- Świt, byśmy pojęli twą chwałę. Dzień, byśmy wznieśli szańce. Zmierzch, byśmy zwarli się z losem. Noc, byśmy przynieśli nowy świt.

Przerwa i kolejne trzy głębokie oddechy.

- Jeśli to moja noc, niech zapadnie szybko, niech niesie innym pochodnię. Napełnij mnie siłą i odwagą. Nakarm mnie mocą uśpioną w oczach dziecka, iskrą w sercach sprawiedliwych, płomieniem prawości.

Żołnierz patrzył w milczeniu na rytuał. Gottfried powoli, w jakimś niesłychanym skupieniu, wyraźnie na coś oczekując, uniósł twarz ku niskiemu sklepieniu. Nagle jego ciałem wstrząsnął potężny dreszcz i paladyn przymknął oczy, jakby poraził go niewidoczny blask. Jego głos zmienił się w jednej chwili - teraz zdawał się dochodzić skądinąd i zewsząd zarazem, w istocie nie przypominał już ludzkiego głosu, lecz rytmiczne bicie młotem o kowadło - zabrzmiała w nim stal i bębny wojny, wdzierając się w umysł jak rozpalone ostrze.

- Ulga niewinnym! Chwała Światłu! Pożoga Czeluści!

Zapadła cisza. Gottfried drgnął raz jeszcze. Kiedy wstał, dźwigając swój młot, jego oczy nie były oczami człowieka. Płonął w nich pożar, niczym płynne złoto…

Paladyn uśmiechnął się, widząc niezdecydowanie żołnierza, wpatrującego się w niego z mieszaniną lęku i narastającej gdzieś głębiej determinacji.

- Otwórz drzwi i chodźmy do nich. Przybyłeś jako posłaniec, jako posłańcy wrócimy. Nie lękaj się, przyjacielu. Widzę twą duszę, niczym motyla o świetlistych skrzydłach. Żołnierzu Lordaeronu, jeśli to nasza noc, przyniesiemy innym świt i zaufaj mi, za twym motylem nie zamkną się bramy Czeluści. Będzie z tobą przewodnik.

Ciężka zasuwa zazgrzytała. Dwaj mężczyźni zanurzyli się w półmrok korytarza.

…

Podążali krwawym szlakiem, szlakiem hańby i godności, szlakiem zdrajców i bohaterów, szlakiem, który zmienił znane im korytarze i komnaty w obszar bezlitosnej wojny na śmierć i życie. Stali się zwierzyną, która z trudem umykała nieubłaganym prześladowcom, tropiąc zarazem swą zdobycz. Zdobycz owa wydawała się śmiertelnie ranna, brocząc krwią, ciałami martwych i śmiertelnie rannych, okaleczonych z nieludzkim okrucieństwem, dogorywających w ciszy lub krzyku.

Ebert Graus, gdyż tak nazywał się żołnierz towarzyszący paladynowi, zrozumiał tej nocy więcej, niż w całym swoim życiu. Choć widział wcześniej wiele rzeczy strasznych i przejmujących, czuł całą swoją duszą, iż nigdy nie zbliży się do wielkiej tajemnicy bardziej, niż tutaj, w korytarzach zamku umierającego Lordaeronu.

Paladyni byli dotychczas dla niego uprzejmymi, lecz zamkniętymi w sobie, cichymi ludźmi, którzy rzadko przemykali przez horyzont jego służby w armii. Owszem, słyszał krążące o nich opowieści i legendy, wiedział, iż dysponują potęgą nieznaną zwykłym śmiertelnikom, lecz nigdy nie pojął, kim są naprawdę. Aż do dziś, gdy jeden z nich stanął u jego boku. Coś, co Graus traktował jako spokój wynikający z pewności przekonań i wiary, okazało się w rzeczywistości uśpioną burzą i szalejącym tornadem sprzeczności. Paladyni nie byli uprzejmymi uzdrowicielami i szlachetnymi wojownikami. Stanowili oni utrzymywane w gotowości modlitwą i żelazną dyscypliną naczynia, gotowe w każdej chwili zostać napełnione buzującą energią Światła. Wykorzystywali ją dla swych celów, lecz mogli być także przez nią wykorzystywani, stając się czymś nierozpoznawalnie dalekim od codziennego wizerunku zakutego w zbroję, ściskającego księgę-relikwiarz mężczyzny o spokojnej twarzy.

Żołnierz notował półświadomie w umyśle fakty – młot Gottfrieda zawsze wyprzedzający ostrze, które miało zgruchotać jego, Grausa, kości, siwe włosy paladyna zlepione własną i cudzą krwią w brunatnych strąkach, oczy, w które spojrzeć nie sposób, pałające najprawdziwszym, przerażającym szałem. Zrozumiał, kim są paladyni i jak straszna jest ich służba. Gottfried Gautenbach stał się Aniołem Śmierci, narzędziem zniszczenia, kierowanym przez potęgę która zdawała się pragnąć wytrysnąć z jego żył, zgruchotać od wewnątrz jego żebra, eksplodować w oślepiającym blasku, a jednak wciąż napędzała jego kruche, ludzkie ciało. Gottfried zabijał ludzi i nieumarłych. Nieomylny młot uderzał raz za razem. Energie pieczęci, wylewające się z paladyna strumienie płynnego, ciężkiego światła, dopadały z rykiem wrogów. Ich wężowe, drgające gwałtownie sploty przeskakiwały na nich z jego ciała niczym powolne pioruny, wypalały oczy, sprawiały, że nogi same uginały się w kolanach, a żołądek podchodził do gardła.

W ciasnych przestrzeniach korytarzy energia zdawała się buzować, niczym w wielkim palenisku i Graus miał wrażenie, iż wszystko wreszcie wyrwie się spod kontroli, rozbijając prastarą zaprawę i cegły, rozszarpując ciała, pogrążając ich w ciemności.

Lecz przecież Gottfried Gautenbach był także uzdrowicielem i wskrzesicielem. W jednej chwili szał zabijania ustępował i paladyn przyklękał nad rannymi. Zdejmował zakrwawione rękawice. Kładł dłonie na ich głowach, szeptał modlitwy. Złoty blask pulsował uspokajająco. Ta sama potęga, która dawała mu moc niszczenia, była też siłą przywracania życia. Gottfried wsłuchiwał się w głosy dusz, w ich prośby. Czasem jego modlitwa była krótsza i wtedy paladyn dobijał rannych bez cienia wahania, nie mówiąc niczego i niczego nie wyjaśniając. Czasem zaś ludzie, którzy powinni byli umrzeć, wstawali, patrzyli mu w oczy, brali w dłoń swój porzucony oręż i szli za nimi, we wciąż powiększającym się orszaku.

Było coś jeszcze. Fascynujący i przerażający spektakl, który rozegrał się kilka razy. Niektóre martwe, zmasakrowane ciała, zdawały się nieodparcie przyciągać paladyna, przywoływać go do siebie. Zwykle tylko kiwał przecząco głową i odstąpywał. Gdy jednak tak się nie działo…. Graus patrzył na to szeroko otwartymi oczami, nękany jednoczesnym pragnieniem zaciśnięcia powiek i chłonięcia każdej sekundy owego widowiska. Gottfried odwracał bieg rzeczy. Niektóre dusze powracały, a on wskazywał im drogę. Martwi odzyskiwali życie i nie było to groteskowe półżycie nieumarłych, których truchła zostawiali za sobą. Oni wracali i szli za nimi, kierowani słowem i dotykiem paladyna, dzięki którym szybko otrząsali się z paraliżujących wspomnień, zrzucali z siebie ciężar widoku, jaki stał się ich udziałem, szli za nimi w milczeniu.

Anioł Zagłady. Uzdrowiciel. Zabijanie. Wskrzeszanie. Destrukcja. Rekonstrukcja. Słudzy Światła skazani byli na ową dwoistość sprzeczności.

Mieli wiele szczęścia, gdyż najwyraźniej walki w zamku już ucichły, jedynie niewielkie oddziały nieumarłych i żołnierzy krążyły po salach i korytarzach, zbierając zwłoki i dobijając rannych. Najwyraźniej główne siły Arthasa skierowano już w inne punkty miasta. Opór, jaki napotkali, paladyn miażdżył z bezwzględnością, która przewyższała dalece wszystko to, co Graus kiedykolwiek widział. W miarę jak posuwali się ku Wielkiemu Korytarzowi, sługa Światła coraz wyraźniej słabł – nawet pobłogosławione, ludzkie ciało nie mogło wchłonąć zbyt wielkiej dawki energii, a ta, którą dysponował, zdawała się wyczerpywać. Wciąż walczył jednak, wciąż uzdrawiał, a im dalej szli, tym więcej mieli mieczy i rąk, które nimi władały.

Opuścili komnatę Gottfrieda we dwójkę. W chwili, gdy usłyszeli pełen wściekłości i bólu jęk dobiegający z komnaty straży, było ich jedenastu. Jedenastu uzbrojonych, zdeterminowanych ludzi, wśród nich sir Beors, paladyn Świętego Światła, którego duszę Gautenbach sprowadził z powrotem, sprzed czarnych bram Czeluści.

Źródło podstawowe: Kolekcja opowiadań.docx. Wydanie robocze: uporządkowany tekst źródłowy i wstępna korekta. Nie dopisano scen ani zakończenia.