Szli skrajem lasu, obok gościńca. Na tyle blisko, by być w stanie obserwować drogę, na tyle ostrożnie i daleko, by samemu nie być z niej widocznym. Oczywiście znacznie spowalniało to ich podróż i było niesłychanie męczące, ale zgodnie uznali, że wędrówka jedyną drogą przecinającą z północy na południe las Silverpine, wtłoczony między góry i Wielkie Morze na zachodzie oraz jezioro Lordamere, przechodzące w Góry Alterac na wschodzie, byłaby zbyt niebezpieczna. Droga, zwykle mocno zatłoczona, tym razem była wyjątkowo pusta. Ujrzeli jedynie kilka spalonych wozów kupców i rolników, zmierzających do Lordaeronu. Zwęglone ciała ludzi i koni wykrzywione w pozach potwornego bólu nie dodały im bynajmniej otuchy. Wszyscy zastanawiali się, jak daleko na południe dotarły już szpice nieumarłych i kto zdoła powstrzymać ich marsz w sytuacji, gdy armie królestwa poszły w rozsypkę. Enneal pocieszał ich twierdząc, że Plaga nie będzie rozpraszać sił teraz, gdy po zdobyciu stolicy musi skonsolidować i zabezpieczyć swe władanie na rozległych północnych i wschodnich ziemiach królestwa. Z drugiej jednak strony znali zachłanność Plagi, jej wiecznotrwały głód i jej zwyczaj nieustannego parcia naprzód gdziekolwiek to było możliwe.
Las także wydawał się miejscem niemal zupełnie opuszczonym. Nie było słychać nawet bezustannej zwykle, chaotycznej pieśni insektów, przez co niepokój uciekinierów powiększał się z każdym krokiem. Paladynom przypominało to przegrane batalie toczone we wschodnim i północnym Lordaeronie - gdziekolwiek zjawiała się Plaga, tam zapadała owa niesamowita, dudniąca w uszach cisza. Cisza przed burzą krzyków mordowanych, hukiem walących się w płomieniach domostw i szczękiem oręża.
Raz jedynie przekroczyli gościniec, na wysokości strumienia zwanego Błyszczącym Kosmykiem, by nie musieć tego robić później i skrajem lasu, obok gór, dojść aż do skrzyżowania z drogą wiodącą do Pyrewood na zachodzie i dużo dalej położonego Pogórza Hillsbrad na wschodzie.
Godziny wędrówki dłużyły się niemiłosiernie, wycieńczenie, lęk i niedawno zaleczone rany dawały im się we znaki, jednak utrzymywała ich przy życiu myśl, iż niedługo zostaną nakarmieni. będą mogli odetchnąć i w dalszą drogę ruszą konno.
Nie rozmawiali wiele, gdyż sam marsz był zbyt męczący. Pytania kłębiące się w głowie Haagena okazały się jednak zbyt natarczywe, by mógł z nimi czekać. Opowiedział Gottfriedowi o zdumiewającej chwili, w której doznał Iluminacji. O tym jak czas zdawał sie zwalniać swój bieg, o tym, jak coś kierowało jego mieczem, o rozbłysku niepojętej chwały. O tym, jak go ocalono.
Gottfried milczał bardzo długo. Tak długo, że Haagen zupełnie nie wiedział co o tym myśleć i zaczął sądzić, iż nie doczeka się odpowiedzi. Paladyn patrzył na niego badawczo, aż wreszcie przemówił.
- Posłuchaj mnie uważnie, sir Haagen. Jestem jedynie skromnym sługą, nie mędrcem, ani filozofem Światła. Powinienem ci powiedzieć, abyś zwrócił się o radę do mędrszych ode mnie członków Kościoła. Będę jednak z tobą całkowicie szczery, szczerością człowieka, który niemal całe swe życie poświęcił służbie Światłu i widział niejedno, szczerością, jaka należna jest towarzyszowi broni. Najmędrsi z mędrców powiedzą ci, iż jedynie ty znasz odpowiedź. Musisz znaleźć ją w sobie, gdyż nikt inny ci jej nie udzieli. Albowiem jeśli otrzymałeś znak, był on dany tobie i ty jedynie możesz go rozpoznać. Przyznaję, ze nie jest to rzeczą łatwą. Gorączka bitewna i bliskość śmierci wyzwalać mogą w nas siły, o których obecności nigdy wcześniej nie wiedzieliśmy. Objawy mogą być podobne do opisywanych przez ciebie.
Haagen pokręcił niecierpliwie głową.
- Wiem o czym mówisz, lordzie Gautenbach. Wiele razy czułem na karku oddech Mrocznej Pani. Widziałem tez zdumiewające czyny dokonane pod wpływem szału lub przerażenia. Jednak to było coś innego, coś wyrywającego serce z piersi.
Gottfried odpowiedział natychmiast.
- A zatem jesteś gotowy, by udzielić sobie odpowiedzi. Znasz ją, prawda?
Haagen bardzo powoli skinął głową.
Paladyn odpowiedział podobnym skinieniem.
- Tak, ja również sądzę, ze była to epifania. Że otrzymałeś wezwanie.
- Wezwanie do czego?
- Do służby, jak sądzę.
- Czego jednak Święte Światło mogłoby ode mnie oczekiwać?
- Myślę, ze wkrótce się o tym przekonamy. Nadchodzi mroczny czas. Cień rośnie w siły, z każdym dniem pęcznieją jego szeregi. Światło również zbiera swoje hufce. W czasie pokoju przemawia do kapłanów, skrybów i uczonych, artystów i rzemieślników. W czas Plagi i Płonącego Legionu, jego blask dosięga ludzi oręża.
- Chcesz powiedzieć, ze Światło werbuje własne armie?
- Nie inaczej.
- Lecz czy ocalenie sir Haagena nie mogłoby być zwykłym przypadkiem? Igraszką losu, jak wiele innych, znaczących ścieżki życia? – rzekł nagle przysłuchujący się dotąd rozmowie w ciszy Polac.
- To możliwe - zgodził sie Gottfried. - Chociaż opis jego doznań pozwala mi w to wątpić, mogę się przecież mylić. Człowiek jest istotą słabą, a jego zmysły łatwo omamić. Często wierzymy również w to jedynie, w co pragniemy wierzyć, szukając pociechy w tego rodzaju iluzjach
- Czy zatem Światło godząc się na rządy przypadku, nie podważa własnej potęgi? Czy tez może nie ma wyboru? Co, zdaniem Kościoła, rządzi naszym losem? Przypadek, czy przeznaczenie?
- Jedno i drugie - odpowiada bez wahania Gottfried. – Stopione w wolnej woli, jaką nas obdarzono.
- Jak to możliwe? - Haagen sprawia wrażenie zdumionego i skonfundowanego.
- Jakże byłoby możliwe cokolwiek innego? - odpowiada pytaniem Gottfried - Gdyby to przeznaczenie rządziło udzielnie światem, bylibyśmy bezsilni, niczym marionetki w teatrzykach ulicznych kuglarzy. Jeżeli bowiem początek i koniec wszystkiego został ustalony przez siły, na które nie mamy wpływu, interwencja ludzka niczego zmienić nie jest władna. Wszechświat wprawiony w ruch niczym maszyna Pierwszego Poruszyciela to miejsce, w którym nikt nie panuje nad nikim i niczym. Moglibyśmy co najwyżej cieszyć się iluzją władzy. Nasza władza to nasza wola, zależy ona od pęknięć w owym łańcuchu, od przypadku w świecie i ludzkich postępkach. A jednak władza owa nie może działać również w całkowicie przypadkowym świecie. Jeśli wszelkie wydarzenia i czyny naprawdę byłyby jeno igraszką losu bez ładu i znaczenia, bylibyśmy równie beznadziejni w naszych wysiłkach. Bez pewnej dozy ładu, życie składałoby się z niekończącej się serii przypadkowych wyborów, z których każdy wywoływałby przypadkowe skutki, czyniąc nas tym samym bezsilnymi więźniami losu. Idea woli człowieczej wiążę się zatem z wizją świata, który łączy w sobie zarówno przypadek, jak i konieczność, chaos i ład. Przypadek ma władzę potężną, lecz częściowo możemy zabezpieczyć się przed nim roztropnością i planowaniem, naszym rozumem i naszą wolą. Przeznaczenie jest również wielką potęgą, lecz zarówno przypadek, jak i człowiek ze swą wolną wolą może pomieszać mu szyki. Tak oto te trzy siły splatają się w jedynym możliwym świecie, który oferuje nam dar najcenniejszy – wolność dążenia do dobra nie jako marionetka, lub liść bezładnie miotany wichurą, lecz jako człowiek, obdarzony duszą, wolą i rozumem.
Po tej przemowie Gottfried wygłosił dwa ostatnie zdania, po których zamilkł i nie odzywał się więcej:
- Sir Haagen, w palenisku twej duszy błyszczą złote iskry. O tym, czy dmuchniesz w nie i zamienisz je w pożogę jedynie sam możesz zdecydować, gdy nadejdzie ku temu właściwa chwila.
Wielki wojownik również milczał, próbując przetrawić w swym umyśle dziwne słowa, które usłyszał. Polac zapatrzył się w paladyna, zamyślony. Sam bowiem czuł, iż przecinające się ścieżki ich losów są czymś więcej, niż przypadkowym skrzyżowaniem, jakich tysiące każdy człowiek przekracza w swym życiu bez zastanowienia i wahania. Coś podpowiadało mu, iż o ile uda mu się przeżyć najbliższe dni, wstąpi na ścieżkę mroczniejszą, ale i bardziej fascynującą, niż wszystko, co znał do tej pory
Źródło podstawowe: Kolekcja opowiadań.docx. Wydanie robocze: uporządkowany tekst źródłowy i wstępna korekta. Nie dopisano scen ani zakończenia.