Haagen, syn Lane’a patrzy. Widok wypala się w jego źrenicach, przenika do umysłu, pędzi strugami krwi ku sercu i przyprawia je o szaleństwo. Wyschnięte usta. Wilgotne oczy. Oto przed nim Światło wypisuje dalszy ciąg wiadomości, którą otrzymał w komnacie gwardii.
Bracia Malleus uderzają. Walczą w ciasnym szyku, który otwiera się i zamyka z niepojętą szybkością w dziwnym, nieregularnym rytmie, niczym płatki drapieżnego kwiatu. Nieumarli nie spodziewają się takiego ataku, takiej furii – paladyni wbijają się w ich szeregi głęboko, niczym świetlista włócznia. Ciała wojowników Plagi dosłownie eksplodują, rozrywane energią egzorcyzmów, rozsiewając dookoła plugawe szczątki. Palący blask Świętego Gniewu rozchodzi się niczym fala uderzeniowa, rażąc całe tuziny żywych trupów, wygotowując każdą kroplę płynu w ich groteskowych ciałach i przesłaniając widoczność wznoszącą się w górę białą mgłą.
Nikt przy zdrowych zmysłach nie lekceważy nieumarłych. Są wśród nich bezmózgie, lecz drapieżne i niesłychanie szybkie ghule, które ożywia jedynie wiecznotrwały głód, i które nie są niczym więcej, niż groteskowymi marionetkami w rękach swego pana. To puste, przekształcone złowrogą magią ciała tych, których dusze dawno ciśnięto w Czeluść. Są tam też jednak wojownicy Plagi, w większości powstali z martwych żołnierze Lordaeronu, którzy walczą jak za życia, lecz nie straszne im rany, ani ponowna śmierć. Nieprzeliczone armie Plagi kierowane są żelazną wolą Króla Licza, który bez trudu rozsiewa całun swych czarnych myśli z lodowego tronu Northrendu, ku Wschodnim Królestwom. Nagie kości, otwarte czaszki, przegniłe języki zwisające z odsłoniętych szczęk, puste, lecz przecież widzące oczodoły – sam widok przyprawia większość ludzi o szaleństwo.
Bracia Malleus są jednak doskonałą odpowiedzią na grozę Plagi. Oto wprawiona w ruch Machina Światła, niczym młyn, którego żarna mielą niewzruszenie zboże Cienia. Ciężkie topory Celeresa i Nicolausa rozmyte w jasne smugi świszczą przeraźliwie, krusząc tarcze, tnąc płyty zbroi, odrąbując członki.
Nieumarli otrząsają się w końcu z pierwszego uderzenia i próbują rozbić szyk paladynów, sparaliżować ową złowrogą machinę zniszczenia. Jest ich wielu, bardzo wielu, ich ostrza zdają się być wszędzie, szpony i kły ghuli przecinają powietrze, próbując dosięgnąć synów Valeriusa.
Drapieżny kwiat jednak gotów jest na przyjęcie ich wściekłości. Gdziekolwiek uderzają słudzy Plagi, tam spotyka ich mur obronny, przemieszczający się nieomylnie, z wiedzioną łaską Światłości precyzją. Miecze kruszą się jak suche patyki na lśniących pulsującą magią tarczach trzech paladynów. Gdy tylko zagrzmi na tarczy cios, ta jest już w innym miejscu, gotowa na kolejne uderzenie, po którym z kolei uderzają z mechaniczną precyzją młoty i egzorcyzmy. Tymczasem kwiat otwiera się i dwaj bliźniacy znów tną nieomylnie swymi toporami o długich drzewcach, by po chwili zanurzyć się ponownie pod schronienie pobłogosławionych tarcz swych braci. Stanowią jedność, stanowią całość. Są niczym opancerzona, kąsająca bestia, plująca ogniem, tnąca pazurami, na pozór ciężka, lecz przecież poruszająca się ze zwodzącą oczy szybkością.
Haagen ściska swój miecz. Patrzy, chłonąc każdą chwilę owego misterium. Dopiero gdy dostrzega, iż Gottfried i pozostałych dwóch paladynów ruszają naprzód, otrząsa się, a z jego gardła wyrywa się nieartykułowany ryk. Niewielu ludzi zostaje na wzgórzu, albowiem ci, którzy zobaczyli jak uderza Pięść Światła nie mają w sobie dość tchórzostwa, ni rozsądku, by nie dołączyć do bitwy.
Gdziekolwiek ostrze lub szpon zdołają się przedrzeć przez ruchomą zasłonę tarcz, tam zatrzymują je płyty zbroi. Gdziekolwiek ostrze dosięga mimo wszystko żywego ciała, tam rana goi się w jednej chwili, a jedyną tego oznaką są gruzły na zaciśniętych szczękach paladynów i krople potu na ich skroniach. Nieustający huk egzorcyzmów i pieczęci oraz ciągły blask zaklęć sprawiają, że synowie Valeriusa kierują się bardziej instynktem, niż zmysłami. Strugi oślepiającego złota spływają z Delenitora, gdy ten czerpie z niewyczerpanych źródeł Światła, lecząc siebie i swych braci, nim rany zdołają zakłócić ich wspólny rytm. Potężne mięśnie pracują bez wytchnienia, płuca zachłannie czerpią rozgrzane magią i pożarem powietrze. Bestia wrzyna się coraz głębiej w czarne łany, zostawiając za sobą sterty szczątków. Miniaturowa falanga Światła przedziera się przez zrujnowaną, płonącą palisadę do Pyrewood i brnie dalej, naprzód, w nadziei, iż dotrze do kogoś żywego.
Hałas czyniony przez paladynów zagłusza wszelki zgiełk bitwy. Wyrwa, jaką uczynili w szeregach nieumarłych bracia Malleus nie zdążyła się jeszcze do końca zamknąć, gdy uderzają w nią pozostali. Enneal i Gottfried, chroniący burzą Światła oba skrzydła. Beors, którego morgenstern szarpie i rozrywa ciała nieumarłych, jakby paladyna otaczała szara, najeżona kolcami wichura. Haagen walczy na czele, jego błyszczący odbitym światłem płonącej osady miecz niczym kosa w okrutnych żniwach kładzie pokotem atakujących nieumarłych. Gdy czarna krew obryzguje mu twarz, uderza niemal na oślep, ostrze tnie zbroje i kości, wojownik sunie miarowo do przodu, ostrożnie stawiając nogi, gdyż ziemia usłana jest fragmentami ciał, a błędny krok oznacza natychmiastową śmierć w tym tłumie. Pozostali żołnierze dwoją się i troją, próbując pozostać przy życiu i zdrowych zmysłach. Każdy, kto walczy blisko paladynów czuje, jakby ktoś wlał mu w żyły złoty ogień – niemal namacalne, niemal widzialne aury otaczające paladynów lśnią na skraju pola widzenia, dodając siły, odwagi i determinacji w obliczu ożywionej grozy, która w innych okolicznościach sparaliżowałaby większość z nich.
Dalarańczyk czuje się niemal nagi pośród tych zakutych w stal postaci, wymachujących ciężkim żelastwem. Chronią go tarczami i własnymi piersiami, lecz śmierć jest na wyciągnięcie ręki. Nigdy jeszcze nie znalazł się w ognisku bitwy i teraz pośród owego szaleństwa ogarnia go dziwna euforia, każde uderzenie serca jest uderzeniem wojennego bębna, gardło pali żywym płomieniem od wykrzykiwanych zaklęć, których rytmiczny zaśpiew ginie w hałasie starcia. Z małych portali czarniejszych od nocy wytryskują ciemnofioletowe włócznie, rażąc sługi Plagi. Ogniste kule skwierczą i piszczą dziko w locie, rozbijając się z hukiem na naznaczonych piętnem śmierci i przekleństwa ciałach, które rozpadają się, płonąc z trzaskiem.
Przed Haagenem wyłania się nagle olbrzymia, groteskowa postać. Niewyobrażalny smród niemal zwala go z nóg. Powykręcane, chaotycznie poskładane nekromancką magią i szwami o grubości sznura z wielu ludzkich ciał monstrum otacza wirujący rój robactwa, żerującego na wylewających się spomiędzy otwartych, przebijających przegniłą skórę żeber, wnętrznościach. Lewe ramię kończy się brunatnym od rdzy łańcuchem, który ze świstem przecina powietrze, niemal pozbawiając wojownika głowy. Bestia ma jeszcze dwie ręce – jedna z nich wyrasta jej niczym obrzydliwa narośl na plecach, dzierżąc zakrwawiony sierp, druga zaś ściska wielki topór, którym uderza konwulsyjnie, raz za razem. Jedyne oko, wytrzeszczone i pokryte bielmem, wpatruje się z nienawiścią w Haagena. Wojownik siecze mieczem, lecz klinga zaklinowuje się między żebrami. Nieumarła potworność zamachuje się toporem, lecz w tym momencie uderzają w nią dwa egzorcyzmy paladynów, gruchocząc czaszkę i jedną ze słoniowatych nóg. Istota chwieje się i z przeciągłym charkotem przewraca. Wojownik cudem unika zmiażdżenia przez ogromne cielsko i błyskawicznie przetacza się przez lewe ramię, gdy jednak próbuje wstać, dopada go dwóch nieumarłych. Szkieletowy wojownik bierze zamach dwuręcznym mieczem, lecz nim ostrze spada, szklisty szrapnel uderza w jego klatkę piersiową i eksploduje odłamkami lodu i kości, raniąc w wielu miejscach rozpaloną twarz Haagena, lecz cudem oszczędzając jego oczy. Z prawej strony nadbiega ze zwierzęcą szybkością ghul o długich szponach. Wybija się błyskawicznie i skacze, wiedziony instynktem krwi, chcąc rozszarpać gardło podnoszącego się z ziemi człowieka. Egzorcyzm Enneala z grzmotem odrywa prawe ramię potwora, siła uderzenia obraca go w powietrzu i ciska kłapiącego bezradnie szczęką w ciżbę nieumarłych. Haagen wstaje wreszcie i ciosem miecza przerąbuje na pół dwóch kolejnych wojowników Plagi, by odzyskać, choć chwilowo, kontrolę nad sytuacją.
W ciasnym szyku przekraczają płonącą palisadę, widząc jak pierścień nieumarłych powoli się wreszcie za nimi zamyka. Z przodu niezmordowani bracia Malleus torują im drogę wśród zabudowań. Kilka ognisk ludzkiego oporu wciąż jeszcze tli się w mieście – tutaj garstka zbrojnych w barwach rodu Silverlaine, tam kilkunastu co odważniejszych i wciąż żywych mieszkańców Pyrewood. Synowie Valeriusa jedynie oczyszczają pole wokół nich i prą dalej, w głąb osady, ku klasztorowi, nad którym wciąż widać błyski magii Światła. Drugi oddział łączy się z ocalałymi, którzy nie mają dość sił i dość wiary, by w pełni zaakceptować to co widzą i by radować się z ocalenia, wyglądającego jedynie na odroczenie nieuchronnego wyroku. Nieliczne ocalałe kobiety i pogrążone w szoku dzieci trafiają w środek zbrojnego kręgu, który posuwa się szlakiem braci Malleus, ku zachodniej ścianie palisady. Spomiędzy buchających ogniem budynków nieumarli podejmują wściekłe i nieustanne ataki, które odpierane są dzięki niszczycielskiej i leczniczej magii Światła, falom rozszalałych żywiołów rozpętanych przez Polaca, którego oczy przybierają czerwoną od płomieni i popękanych z nadludzkiego wysiłku naczyń krwionośnych barwę oraz heroicznej obronie żołnierzy Lordaeronu, walczących jak osaczone dzikie zwierzęta.
- Silverlaine! – krzyczą zbrojni w barwach barona, dostrzegając zbliżającą się odsiecz. Ich proporzec wciąż łopocze na wietrze, trzymany przez wysokiego, żylastego szlachcica w staroświeckiej zbroi. Nie ma czasu na żadne słowa, żadne gesty. Po prostu żołnierze robią miejsce w szyku dla nowych wojowników. Nowe miecze uderzają w nieumarłych.
Kobiety, dzieci, ranni i wycieńczeni ludzie wnoszą chaos w szeregi, spowalniają ich marsz. Paladyni nie są w stanie jednocześnie leczyć i powstrzymywać hord napierających ze wszystkich stron. Dwa ghule przeskakuja ponad zbrojnymi, lądując w środku kręgu, gdzie jednak zostają rozsieczone w krwawej, mozolnej masakrze przez ledwo trzymających się na nogach rannych żołnierzy. Oddział posuwa się coraz wolniej, zbyt wolno, aż wyrwa w szeregach Plagi będąca skutkiem uderzenia Pięści Światła, zamyka się i wszyscy muszą się zatrzymać. Przez chwilę wydaje się, że wszystko stracone, nawet trzej paladyni muszą się cofnąć pod naporem czarnego tłumu. Ich szyk musi przecież w końcu pęknąć, ustąpić sile otaczającej ich niewyczerpanej nienawiści.
W niebie rozwiera się czarna szczelina, rozlega się dziwny grom, przypominający odgłos wielkiego, kryształowego dzwonu. Na otaczających ich nieumarłych zaczyna sypać się nawałnica ostrych niczym brzytwy odłamków lodu, tak gęsta, iż obrońcy mają wrażenie, iż oto między nimi a ich prześladowcami wyrasta nagle błękitno-biała, na wpół przezroczysta ściana. Krąg zacieśnia się gwałtownie, gdy ludzie cofają się spod lawiny, nie chcąc zostać rozszarpani. Wzrok z trudem prześlizguje się na wylot przez lodowy wodospad, który obiera ciała do kości, a potem miażdży kości, wbijając je z pomnożonym tysiąckrotnie łoskotem w zakrwawioną ziemią.
Polac oddycha ciężko, coraz ciężej, jego dłonie drżą spazmatycznie, gdy podtrzymuje przywołaną z Otchłani nawałnicę lodu. Jest przekonany o tym, że za kilka chwil jego serce eksploduje, a on zwymiotuje krwią i umrze. Nigdy jeszcze nie czuł się tak wycieńczony. Lecz przecież sinobiałe ostrza i wielkie zmrożone głazy wciąż sypią się z wirującej rany, którą zadał materii świata nad ich głowami.
Nieumarli dostrzegają promieniującą mrokiem sylwetkę maga. Próbują przedostać się do niego, zdusić kruche życie, zakończyć pustoszącą ich szeregi nawałnicę. Ich napór zatrzymuje jednak ściana lodu, światła i stali. Jedynie samotny wielki ghul przedziera się cudem przez te zapory, zabijając dwóch słaniających się na nogach ludzi Silverlaina i sięga pazurami ku gardłu Dalarańczyka. Ten patrzy z rezygnacją na zbliżającą się śmierć, nie zasłania się jednak, utrzymując formułę zaklęcia. Nagle Polacowi wydaje się, że czas zastygł w miejscu. Ghul kłapie bezsilnie kłami tuż przed jego twarzą i oto w tej samej chwili na jego szyi zaciska się czyjeś ramię. Mag dostrzega zdumiewające szczegóły – pojedyncze kółka kolczugi rozerwane i poplamione krwią, brązowy ścieg na czarnej rękawicy, błysk stali… Bestia szarpie się z nieludzką siłą, lecz człowiek, który ją powstrzymał tnie trzymanym w drugiej ręce dziwacznym sztyletem, rozpryskując dookoła czarną posokę, aż potworny łeb oddziela się od tułowia, a cielsko pada w drgawkach na ziemię. Mag widzi przed sobą usta rozciągnięte w wilczym uśmiechu, słyszy skowyt polującej bestii wyrywający się z gardła jego wybawcy i na sekundę zanim pada zemdlony uświadamia sobie, że widzi przed sobą Haagena, zamienionego w oszalałego berserkera, a sztylet jest w istocie odłamkiem złamanego miecza.
Szczelina w niebie zasklepia się, grzmot tysięcy lodowych odłamków cichnie w jednej chwili, jednak zanim nieumarli są w stanie zgrupować się na nowo i dopaść ich stłoczonego, opancerzonego tarczami, najeżonego ostrzami oddziału, bracia Malleus przedzierają się do nich. Wspólnie, zabijając bezustannie i bez chwili wytchnienia, udaje im się dotrzeć pod sam klasztor i tam rozbijają pierścień nieumarłych, za którym rozpościera się zdumiewający widok.
Dziewczyna wciąż stoi, choć powinna upaść dawno temu. Paladyni nie mogą uwierzyć w to, co widzą – drobna kapłanka Światła utrzymuje pulsującą tarczę energii, pod którą kuli się kilka sylwetek. Przybyli formują wokół niej krąg w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą tłoczyli się nieumarli. Gdy Gottfried wkracza pod lśniącą kopułę i zbliża się do niej, widzi w jej oczach niewysłowioną ulgę. Dziewczyna traci przytomność i pada mu w ramiona, a on tuli ją delikatnie. Młot upada w błotnistą ziemię. Drobna sylwetka wygląda niczym dziecko w chwili, gdy Gottfried unosi ją na rękach. Pokrwawiony paladyn w resztkach potrzaskanej zbroi płacze bezgłośnie, a potem układa ją ostrożnie i resztką magii Światła, którą jest jeszcze w stanie wykrzesać ze swego wycieńczonego ciała, przywraca bicie jej serca. Dziewczyna nie otwiera oczu, śniąc sen o bramach Czeluści, spod których odciągają jej duszę świetliści aniołowie o siwych, skrwawionych włosach.
Tarcza kapłanki gaśnie, lecz na jej miejsce wykwitają już nowe. Paladyni przygotowują się do swej ostatniej walki. Gdyby ktoś spojrzał na pole bitwy okiem ptaka, zobaczyłby płonące Pyrewood zalane przez czarne morze. Krąg obrońców przed wejściem do spalonego klasztoru, złączający tarcze w oczekiwaniu na bezlitosny szturm, który zakończy tę historię. Niewielu pozostało tych, którzy mogą jeszcze ustać na nogach. Paladyni nie mają w sobie już dość sił, by leczyć i nawet bracia Malleus wyglądają na śmiertelnie zmęczonych. Omdlałe ręce, pęknięte miecze, strzaskane tarcze, zbryzgany krwią i błotem proporzec, jęki rannych, monotonny płacz kobiet i dzieci, gasnący ogień w oczach paladynów.
Nie ma już sił. Nie ma nadziei.
Plaga szykuje się do natarcia.
Źródło podstawowe: Kolekcja opowiadań.docx. Wydanie robocze: uporządkowany tekst źródłowy i wstępna korekta. Nie dopisano scen ani zakończenia.