Pozostałe opowieści · Opowieść osobna

Redrige — Śmierć i Zmartwychwstanie

Wydanie wstępne · korekta w tokuok. 4 min czytania

Stali we trójkę, tuż obok zrujnowanego mostu w Lakeshire, patrząc na siebie bez słów. Modlitwy zostały odmówione w ciszy Katedry Stormwind, inkantacje odprawione spokojnym szeptem, miecze naostrzone. W złotym świetle zachodzącego słońca, igrajacego na wodach jeziora Everstill, błyskawice na ich tabardach zdawały się jarzyć własnym światłem.

- Czas na nas - odezwał się w końcu Gottfried, poprawiając zapięcia rękawic - Gotujcie się. Każda kreatura szerząca zło i zepsucie na naszej drodze zostanie wdeptana w pył. Przelejemy krew każdego orka, gnolla, czy innego wroga rodzaju człowieczego i Przymierza. Każdego, który śmie bezcześcić nasze ziemie.

- Zbyt wiele słów. Zbyt mało krwi - warknął Haagen.

Lady Ghaan pokręciła głową w milczeniu. Wiatr szarpał jej szarą, prostą suknią. Nawet w niej wyglądała pięknie i smukle.

Gottfried uniósł głowę. Tylko tak mógł spojrzeć w oczy olbrzymiemu wojownikowi. Znał go doskonale. Ciemne tęczówki w ogorzałej twarzy, długie włosy o barwie popiołu, opadające na ramiona. Kolczuga ciasno opinająca szerokie bary, jakby za chwilę miała pęknąć z brzękiem. Twarz Haagena była księgą chwały. Gęsta siatka starych i świeżych blizn stanowiła dla umiejętnego interpretatora lepszą historię Zakonu, niż ta, jaką mogliby spisać najlepsi skrybowie opactwa w Northshire. Haagen, tarcza Zakonu, człowiek, który potrafił spojrzeć śmierci w twarz ze śmiechem, który potrafił zatrzymać wrogów, jak okuta brama zatrzymuje drewniany taran. Ten góral z Tirisfal Glade obdarzony szlachectwem przez starego króla Terenasa był nieokrzesany i brutalny, lecz jednocześnie wierny regule i waleczny jak dziki górski kot. Nie bał się nikogo i niczego. Nie znał kłamstwa ni zdrady. Wierny towarzysz.

Gottfried westchnął ciężko i położył swoją urękawicznioną dłoń na szerokim ramieniu przyjaciela.

- Będziesz miał swoją krew, bracie. Będziesz ją miał…

Krew zalewała mu oczy, czyniąc go na wpół ślepym. Uderzał na prawo i lewo i tylko dźwięki gruchotanych kości mówiły mu, że jego ostrze dosięga celu. Połamane palce prawej dłoni z trudem utrzymywały rękojeść wielkiego, dwuręcznego miecza. Ślizgał się na wnętrznościach wyprutych z orków. Aż w końcu stało się… Haagen padł.

Wrócili po niego. Ghaan, Enneal, Gottfried. Skradając się pomiędzy strażnikami, zabijając bezgłośnie tych, których nie udało się obejść, dotarli do miejsca, gdzie leżało zmasakrowane ciało. W samym środku obozu klanu Czarnej Skały, który zaprzedał swe dusze demonom.

- Miejcie oczy otwarte - rzekł Gottfried - jeśli wrócą, zanim przywołam Haagena z Otchłani, wszyscy jesteśmy zgubieni.

- Niezupełnie - wyszczerzył białe zęby Enneal. - Na jego dłoni zatańczył fioletowy, zimny płomień.

Gottfried zacisnął zęby, gdy poczuł zimne dotknięcie w sercu, niczym lodowaty pocałunek sukuba. Nienawidził, gdy jego duszę otaczała utkana z cienia sfera, a jednak ta sztuczka demonicznej magii mogła przecież uratować ich wszystkich.

Paladyn podszedł do zwłok przyjaciela, wokół którego leżał stos ciał orków. Demon Enneala popiskiwał cicho w swym zrozumiałym jedynie dla warlocka języku. Ghaan rozglądała się uważnie, wypatrując wroga.

Gottfried uniósł twarz ku niebu. Zacisnął szczęki, jego oczy zalśniły, żyły na szyi pulsowały coraz szybciej, krople potu zrosiły czoło, a po chwili jedna z nich powoli stoczyła się ku skroni.

- Na moc, którą mi powierzono! - powiedział mocnym głosem. Zacisnął pięść i uniósł ją do góry - cienie zaczęły się rozstępować, a wokół jego dłoni uformowała się rosnąca sfera blasku

- Na moc Świętego Światła!

Ciało Haagena drgnęło. Noc ustępowała. Gottfried jęknął i zacisnął pięść jeszcze mocniej. Rozległ się trzask, gdy połamane kości zaczęły się zrastać, trzewia odtwarzały się z przerażającym, lepkim odgłosem, pękniętej czaszce przywracano pierwotny kształt.

- Wzywam cię ku jasności! Wzywam cię ku światłości! Rozkazuję ci, zawróć z mrocznej drogi! Rozkazuję ci, zawróć z Wirującej Czeluści!

Zerwał się zimny wiatr. Strużka czarnej krwi wypłynęła z ust Haagena. Zabulgotało. Wszyscy poczuli ten moment, sekundę, gdy dusza powracała z Pustki. Zmatowiałe, martwe gałki oczne wojownika błyskawicznie odzyskały swój blask. Haagen uniósł głowę i krzyknął straszliwie. Ból był błogosławieństwem, ból oznaczał życie.

Demon Enneala zaskrzeczał z niepokojem do swego pana.

- Nadchodzą - powiedział cicho warlock - Musisz się pospieszyć.

Ghaan uniosła ręce ponad głowę, zmrużyła oczy.

Haagen krzyczał, a lodowaty wiatr akompaniował jego męce.

- Powstań, wojowniku! - głos Gottfrieda zabrzmiał potężnie, jakby coś przemawiało przez niego, dawało mu siłę.

- Musimy się przebić - na dnie błękitnych oczu Ghaan jarzył się gniew, choć i spokój zarazem.

Gottfried upadł na kolana, blask zgasł w jednej chwili. Paladyn złapał wojownika za ramię, próbując go dźwignąć, ten jednak podnosił się już z ziemi, blady i wciąż pogrążony w szoku zmartwychwstania, a jednak sięgający po leżący nieopodal miecz. Nie mogło być bardziej zdumiewającego pokazu determinacji i woli.

- Masz swoją krew, Haagen - uśmiechnął się Gottfried, dysząc ciężko i ściskając w dłoniach młot bojowy. Wojownik wyszczerzył zęby w odpowiedzi.

Wiatr już ucichł. Orkowie zbliżali się kręgiem.

Źródło podstawowe: teksty-bartka4.txt. Wydanie robocze: uporządkowany tekst źródłowy i wstępna korekta. Nie dopisano scen ani zakończenia.