„Jestem martwy, lecz przecież widzę was zmętniałymi oczyma mych sług, gdy wy nie możecie mnie dostrzec. Jestem martwy tak długo, że nie pamiętam już nawet swej twarzy z dni przed wyborem, jakiego dokonałem. Zapomniałem bicia serca w piersi, choć to przecież zapomina się na końcu. A jednak to ja poczuję krew pulsującą w waszych arteriach, smak życia wypełniający wasze tkanki, gdy wy pobłądzicie w mroku, niczym ślepcy. Przychodzicie tu jako myśliwi, lecz przecież staniecie się zwierzyną. Kości setek waszych poprzedników zdobią mą siedzibę. Przychodzicie zbrojni w wiarę i żelazo, by zostać tu na zawsze, dołączyć do rosnących szeregów Plagi. Ja czekam tu na was. Czekam aż zanurzycie się w tunele mych posiadłości. Przyjdźcie, a me sługi zgotują wam godne powitanie. Tutaj, pod ciernistym sklepieniem wyrosłym na przelanej krwi prastarego Boga…”
Chociaż paladyni trzymali w dłoniach gotowy do użytku oręż, ogromna bestia nie zachowywała się wobec nich wrogo. Potrząsała jedynie łbem zdobionym przez groźne, czarne rogi i gestykulowała gwałtownie. Z jej pyska dochodziły do nich charkotliwe dźwięki.
- Sierżancie – rzekł zbity z tropu Gravis – Powiedziano nam, iż pojmujesz co nieco z ich barbarzyńskiej mowy. Czy możesz…
Żołnierz pokręcił głową.
- Rozumiem trochę język orkowego plemienia, nie tych istot jednak. Spróbuję przemówić do niego ich wspólną mową.
- Bądź ostrożny – rzekł Inquisitio – nie chcemy tu rozpętać wojny. Jesteśmy w samym sercu ziem Hordy.
W rzeczy samej. Piątka braci Malleus miała za sobą długą i męczącą podróż. Wyruszyli ze Stormwind, gdzie podczas krótkiej audiencji sam arcybiskup Benedictus podzielił się z nimi niepokojącą informacją i poprosił o pomoc. Nie sposób było mu odmówić z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, arcybiskup chronił Ex Tenebris Lux od początku powstania Zakonu i wielokrotnie używał swych wpływów przeciwko tym, którzy chcieli zgłosić oficjalne oskarżenie o herezję. Ponadto źródła informacji dostojnika, których tożsamości nie wyjawił, donosiły, iż powodem kryzysu była Plaga, a Zakon przysięgał toczyć wojnę z nieumarłą zarazą w każdym zakątku Azeroth i bez względu na cenę. Sprawa miała charakter dyskretny, gdyż problem pojawił się na terytorium Hordy – nie należało ryzykować gniewu Thralla i kruchego rozejmu wysyłaniem armii do Kalimdoru, nawet gdyby wojska takie były do dyspozycji Kościoła i Przymierza. Bracia Malleus stanowili w oczach wielu odpowiednik małej armii, lecz nie rzucali się w oczy aż tak bardzo. O ile, rzecz jasna, nie zmuszono ich do użycia oręża…
Ze Stormwind wyruszyli najszybszymi gryfami Dungara Longdrinka ku Ironforge. Stamtąd na świeżych powietrznych wierzchowcach do portu Menethil Harbor. Następnie okrętem ku twierdzy Theramore, gdzie po długiej i męczącej podróży, w czasie której Gravisa niemal na skraj szaleństwa doprowadziła choroba morska, wysłanników arcybiskupa Benedictusa powitała sama Jaina Proudmoore. Synowie Valeriusa nie mogli się otrząsnąć z wrażenia, jakie zrobiła na nich ta piękna, choć smutna kobieta. Charyzma najpotężniejszej żyjącej ludzkiej czarodziejki, byłej protegowanej arcymaga Dalaranu Antonidasa i kochanki księcia Arthasa, miała niemal namacalny charakter.
- Arcybiskup jest jednym z niewielu ludzi władzy w Stormwind, których darzę szacunkiem i podziwem – rzekła do nich – Dlatego udzielę wam wsparcia w waszej misji. Pamiętajcie jednak – pokój jest kruchy, nie zgodzę się na żadne incydenty, które mogłyby go naruszyć. Bądźcie zatem ostrożni, omijajcie osady Hordy i nie wyciągajcie pochopnie oręża.
Czekała ich jeszcze wielodniowa podróż konno, przez bagna Marchii i niekończące się sawanny Jałowych Ziem. Wraz z piątką braci Malleus wyruszył cichy, drobny mężczyzna w średnim wieku, który przedstawił się jako sierżant Dresh. „Jest niepozorny, lecz nie dajcie się temu zwieść” – wyjaśnił im brat Karman, przedstawiciel Zakonu Srebrnej Ręki w Theramore, który, ku zdziwieniu synów Valeriusa, nie wyrażał żadnych oznak nieprzychylności na widok błyskawicy na ich tabardach. Zastanawiali się, czy wynika to z pragmatyzmu paladyna, zesłanego na te niegościnne ziemie, czy też może z jego niewiedzy. – To jeden z najlepszych zwiadowców w armii Theramore, człowiek, który zna każdy głaz i drzewo w promieniu stu mil od wyspy.
Choć Przymierze nie toczyło otwartej wojny z Hordą, rozejm był jednak kruchy i często przerywany wybuchami mniej lub bardziej gwałtownych walk. Omijali zatem Złotą Drogę, aby nie zostać wciągnięci w krwawą potyczkę przez zapalczywych wojowników Hordy. Podróż przez ciągnące się aż po horyzont sawanny Jałowych Ziem była męcząca i niebezpieczna, gdyż terytorium tym władały zdumiewające i nie obawiające się ludzi drapieżniki, a w nielicznych oazach rządziły plemiona równie nieustraszonych i wojowniczych centaurów, których patrole galopowały wielokrotnie w zasięgu ich wzroku. Paladyni, nawykli do raczej chłodnego klimatu Lordaeronu i królestwa Stormwind, cierpieli męki pod palącym, zdającym się wisieć tuż nad głowami, słońcem, które zamieniało blachy pancerzy w rozżarzone płyty i zmuszało do zdejmowania hełmów w obawie przed oparzeniami. W tym miejscu nie było zmierzchu, a dzień przechodził niemal w jednej chwili w nocne ciemności. Nocami zaś z kolei upał zamieniał się w ziąb tak przenikliwy, iż ich szczękanie zębami musiało nieść się po równinie całymi milami. Jedynie wątłe ogniska, które pozwalał rozpalać Dresh, ratowały ich od zabójczego wyziębienia.
Wreszcie dotarli na miejsce, niemal nad samą krawędź gigantycznego urwiska, z którego rozpościerał się zdumiewający widok na przepastny kanion zwany Tysiącem Igieł, gdzie jakieś prastare bóstwa wiedzione tajemniczym kaprysem poustawiały niezliczone kamienne maczugi, których zawieszone setki stóp nad gruntem głowice kołysały się na wietrze, wydając osobliwe odgłosy.
- Horda z pomocą goblinów pobudowała tam machinę, którą zwą Wielką Windą – powiedział im sierżant, wskazując na południe – Miejsce, którego szukacie jest jednak bliżej…
Między wzgórzami wiła się wąska, kamienista ścieżka, za którą rozciągał się półmrok, gdyż zmierzch już zapadał.
Ściągnęli z koni oporządzenie, przygotowali broń i pancerze, zmówili modlitwy. Byli gotowi.
- Zaczekaj tu na nas, żołnierzu – rzekł Gravis patrząc w ogorzałą twarz zwiadowcy – Jeśli nie wrócimy do wschodu słońca, wracaj do Theramore.
Wtedy właśnie pojawiła się rogata bestia. Towarzyszył jej wielki kot, który wydawał się słuchać jej rozkazów ze ślepą uległością. Przybysz był istotą rozumną i – sądząc po uzbrojeniu - najwyraźniej łowcą, który przemierzał sawannę polując na drapieżniki.
Istota zatrzymała się przed nimi i przemówiła w swej charkotliwej mowie, potrząsając wielkim łbem.
Posłuszny poleceniu paladyna Dresh odezwał się w innej, równie dziwacznej mowie. Mówił bardzo powoli, trzymając ręce na widoku. Jego słowa wydawały się dodatkowo pobudzać przybysza, który przemówił ponownie, uderzając kilkakrotnie zakończoną kopytem nogą w spękaną od suszy ziemię, jakby dla podkreślenia swych słów.
Sierżant odwrócił się do stojących w gotowości paladynów.
- Nie ma wrogich zamiarów. To łowca taureński z Camp Taurajo, jednej z pobliskich osad owego ludu, który sprzymierzył się z Hordą.
- Taureni… – powtórzył w zamyśleniu Gravis – słyszałem opowieści…
- Czego chce? – zapytał Inquisitio.
- Mówi, że powinniśmy zawracać w pokoju, a w żadnym wypadku nie wchodzić na ową ścieżkę, panie.
- Powiedz mu, iż doceniamy jego troskę, lecz nie odstąpimy od naszych zamiarów – rzucił z przekąsem Nicolaus.
Dresh odwrócił się i przemówił ponownie w mowie Hordy. Tauren, najwyraźniej sfrustrowany, ponownie uderzył z łoskotem kopytem, potem wskazał na ścieżkę i odezwał się podniesionym głosem. Na koniec wzruszył potężnymi ramionami i odszedł wraz z towarzyszącym mu drapieżnikiem.
Ów jakże ludzki gest zdumiał niepomiernie paladynów, którzy przez chwilę wpatrywali się w milczeniu w oddalające się plecy istoty.
- Powiedział, że idziemy na śmierć. Stamtąd nikt nie wraca. I, jeśli dobrze go zrozumiałem, że spojrzenie Wielkiej Matki nie sięga w ciemność wewnątrz.
Paladyni spojrzeli tylko po sobie, lecz nie rzekli ani słowa. Uścisnęli dłoń zwiadowcy, ścisnęli mocniej oręż w dłoniach i ruszyli ku swemu przeznaczeniu.
„Zbliżacie się. Wkrótce wstąpicie w otchłań, która rozszarpie wasze ciała i pochłonie wasze dusze. Mordresz Ognistooki zatańczy na waszych kościach, wrzuci je na stos, który urasta już niemal ku ciernistemu sklepieniu. Będę słyszał, jak krzyk zamienia się w szept i cichnie, jak zanika łoskot pulsującej w żyłach krwi. Mój Pan na lodowym tronie poczuje to również, albowiem on czuwa we mnie owej nocy, którą wybrałem, a która stała się wiecznością. Przełknę waszą rozpacz, a ona pozwoli mi pozostać w czarnym, zimnym nurcie rzeki niepamięci, pozwoli mi odsunąć od siebie myśli, którym nie mogę przyznać do siebie dostępu, a które krążą wokół niczym ćmy. Mój Pan nie toleruje słabości, mój Pan nie wybacza pamięci o dawnych dniach, mój Pan jest wieczny i niezwyciężony. Mój Pan widzi wszystko, co widzę ja. Patrzy przez me źrenice, które otwierają się na Czeluść, podobnie jak ja dostrzegam wasz obraz poprzez oczy mych martwych sług. Ja sam jestem jedynie membraną, rozciągniętą i cienką, błoną rozdzielającą pustkę od pustki. Czyż nie taka jest natura świata? Czyż my wszyscy nie jesteśmy jedynie niewolnikami, źrenicami w przegniłych czaszkach naszych panów? Zawsze patrzą przez nas, lecz nigdy na nas…”
Quilboary dopadły ich szybko, lecz paladyni zamienili triumfalne ryki w jęki bólu i agonalne rzężenia. Istoty były zbyt pewne siebie, nasycone zbyt łatwymi zwycięstwami. Ich warlockowie nie spotkali zapewne nigdy sług Światła, albowiem w przeciwnym wypadku nie byliby tak nieostrożni i chełpliwi w demonstracjach siły, które przywodziły ich ku zgubie.
Poprzez zgiełk, krew i krzyki śmierci dotarli do osobliwego miejsca, gdzie wejście ku mrocznej otchłani najeżonej gąszczem czarno-brunatnych cierni znaczyła czaszka monstrualnego dzika. Więcej – czaszka była bramą, poprzez którą mieli wkroczyć do wnętrza ciernistego miasta.
- Niezwykła rzeźba – rzekł Nicolaus – Nie podejrzewałbym tych tępogłowych istot o zdolność zbudowania czegoś takiego.
- Być może nie jest to ich dzieło – odparł Gravis.
Stali jeszcze przez chwilę, wpatrując się w emanującą dziwną mocą czaszkę wielkości sporego budynku, aż wreszcie ruszyli, wkraczając do miejsca, które quilboary nazywały Razorfen Downs.
Ciemność wnętrza rozpraszały dziwne niebieskie ognie, a paladyni natychmiast poczuli pulsujący w ich żyłach zew. Informacje arcybiskupa były prawdziwe. Plaga wzięła to miejsce w udzielne władanie. Teraz należało je oczyścić Światłem i żelazem.
„Jest w was coś osobliwego. Jesteście marionetkami, lecz przecież nie mogę dostrzec dłoni, która szarpie sznurki. Wielka jest moc, którą rozporządzacie, a ci, których wysyłam przeciwko wam upadają szybko, szybciej niż kiedykolwiek. Lecz przecież nie ostrza nieumarłych quilboarów, nie kły ich nieumarłych dzików są naszą bronią, głupcy! Im większa potęga, tym większa pycha, z której możemy uczynić użytek. Nim wstanie świt, wasze głowy przyniosą mi porucznicy Plagi. Kto wie, być może uznam was za przydatnych na tyle, by zostawić was przy swym boku. Gdy rozpoczniemy marsz Złotą Drogą, będę potrzebował zdolnych wojowników, prowadzących czarne legiony. Walczcie, śmiertelnicy, a ja zdecyduję, czy zasługujecie na ten zaszczyt.”
Celeres Malleus opuścił topór, opierając go ostrzem o spulchnioną od krwi ziemię. Zdrętwiałymi dłońmi zdjął hełm, otarł pot z czoła, a potem uniósł głowę i dysząc ciężko spojrzał ku zawieszonemu wysoko splątanemu sklepieniu cierni, które z tej odległości przypominały misterną ażurową mozaikę wykonaną ręką znamienitego artysty. Poprzez ciernie, poprzecinana ich siatką niczym linią tektonicznych pęknięć, prześwitywała ogromna, jasna tarcza większego z księżyców. Widok ów natchnął otuchą serce paladyna, albowiem stanowił dla niego przypomnienie, iż poza owym ponurym labiryntem, który on i jego bracia znaczyli krwią i szczątkami nieumarłych, jest świat, do którego można powrócić, gdy szaleństwo wreszcie ucichnie.
Byli zmęczeni zabijaniem. Nie sama walka jednak sprawiła, iż ciężar kładł się na ich ramionach. Z głębin ciernistego labiryntu docierał do nich szept. Lub raczej śpiew. Lub raczej mroczna muzyka, którą usłyszeć można jedynie wtedy, gdy się jej nie poświęca uwagi.
Inquisitio uniósł dłoń, jakby chciał uciszyć swych braci, wpatrywał się w ciemność przed nimi, wyraźnie nasłuchując.
- Słyszycie to, bracia? – zapytał cicho – Szepcze do nas. Ileż w tym głodu. Ileż nienawiści.
- Namiestnik Plagi wie, że przyszliśmy po niego – odezwał się Nicolaus. – Czeka na nas i wierzy, że może nas powstrzymać.
Delenitor przymyka oczy i kręci głową.
- To muzyka, bracia. Mroczna muzyka. Słyszycie tylko kilka akordów, lecz przecież płynie ku nam symfonia cierpiącej duszy. Nienawiść jest osnową, jej rytmem, niczym werble dudniące do taktu maszerującej armii. Głębiej jednak, obok, wewnątrz, rozlega się śpiew desperacji, błagania, rozpaczy i bólu, sonata samotności, suita cierpienia. Wsłuchajcie się uważnie bracia i módlmy się, by jak najszybciej położyć kres owemu nieszczęściu.
Bracia patrzą na niego z miłością i podziwem. Gravis salutuje mu mieczem.
- Świetlisty ocean miłosierdzia w tobie, umiłowany bracie – rzecze, z trudem przełykając ślinę – Zdolny jest zatopić każdy pożar nienawiści i cierpienia.
Ruszają naprzód, ku kolejnej mozolnej rzezi, która doprowadzi ich bliżej celu.
W końcu zaczynają słyszeć coś jeszcze. Szum ogromnych skrzydeł, w którym nie ma ani nienawiści, ani bólu.
„Kim jesteście? Skąd przybywacie? Jest w was moc, lecz nie ma chełpliwości. Jest w was pewność i wiara, lecz nie ma nienawiści wobec tych, których niszczycie. Jest w was współczucie, lecz nie ma cienia wahania. Ani potęga Cienia, ani ostra stal nie powstrzymuje waszego pochodu. Jak mam sięgnąć do waszych dusz, gdy są one nieprzeniknione w swej czystości? Jak przyprawić was o szaleństwo, gdy nie znacie strachu?
Panie, wspomóż mnie w mym dziele, albowiem słudzy Światła nadchodzą…”
Mężczyzna patrzył na nich z chłodnym spokojem. Został uwięziony w prymitywnej celi, której ściany i sklepienie stanowiło naturalne zagłębienie w skale, furtkę zaś sporządzono z ledwie ociosanych drewnianych bali. Był w nieokreślonym wieku, szczupły i sprawiający wrażenie wygłodzonego, cienie pod jego oczami można było dostrzec nawet w tych ciemnościach. Nie było w nim jednak ani strachu, ani ekscytacji, a przynajmniej umiał owe emocje doskonale ukrywać. Jego szaty, choć skromne, były jednak wytworne w swej prostocie. Paladyni, którzy zaledwie przed momentem zgładzili strażników owego więzienia wpatrywali się w niego zdziwieni.
- Kim jesteś, panie? – zapytał Gravis, gdy uwolnili go z celi.
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, jego zęby lśniły olśniewającą bielą.
- Znakomicie! – rzekł głębokim, pełnym głosem – Nazywam się Belnistrasz i składam wam podziękowanie. Zdążyłem już zacząć traktować siebie jak trupa… lub coś znacznie gorszego, jak pożywienie dla tego zarażonego Plagą robactwa.
Mężczyzna umilkł na chwilę i powiódł spojrzeniem po uważnych, lecz nieodgadnionych twarzach paladynów.
- Tak, nie mylicie się! Powiedziałem „Plaga”, albowiem zawarła ona jakiś rodzaj paktu z quilboarami, a koszmar, który widzicie, jest jego rezultatem.
- Tylko szaleniec zawiera układy z Plagą – rzekł Nicolaus bezbarwnym tonem, wpatrując się uważnie w mężczyznę. Szum, który słyszeli już wcześniej, był teraz o wiele wyraźniejszy, zdawał się rozlegać gdzieś na granicy słyszalności.
- To prawda, jednak czego można się spodziewać po równie barbarzyńskich istotach? Pozbawiono ich przewodnictwa tysiące lat temu, gdy ich ojciec i bóg, Agamaggan, ruszył do boju z Płonącym Legionem. Cóż to była za wojna! Słowa śmiertelników nie mogą oddać jej majestatu. Potężny Cenarion przekonał Agamaggana, iż zwycięstwo Legionu oznaczać będzie zagładę wszelkiego życia w Azeroth. Bóg dał wiarę jego słowom i obrócił swą furię przeciwko twierdzom demonów w Azsharze. Gdziekolwiek uderzały jego kopyta, pękała ziemia, jego oddech płonął żrącym kwasem, na jego rozkaz wyrastały pnącza ostrych cierni, rozszarpując setki wojowników Otchłani. Bitwa przetoczyła się przez cały kontynent i wreszcie Agamaggan stanął naprzeciw Mannorotha Niszczyciela, porucznika samego Archimonda Plugawiciela. Zginął, a z jego krwi wyrosły splatane labirynty cierni, które widzicie wszędzie dookoła. Tak, przyjaciele – dodał, widząc ich zaskoczenie i niedowierzanie – oto jest krew martwego boga. Ci, których pozbawia się duchowego wsparcia, wcześniej czy później staczają się w otchłań szaleństwa. Legendy Quilboarów powiadają, iż Agamaggan pewnego dnia zmartwychwstanie. Oczekują oni tego dnia z niecierpliwością, lecz jeśli ów dzień nastąpi, czyż ich własny bóg nie odwróci się od nich z obrzydzeniem?
- Wystarczy! Nie mamy czasu na opowieści i legendy – rzekł zniecierpliwiony Gravis, który od dłuższej chwili bezskutecznie próbował przerwać przemowę Belnistrasza – Zaczekaj tu na nas, lub idź w tamtym kierunku, aż ujrzysz światło. Zabiliśmy każdego, kto stanął nam na drodze, więc masz dużą szansę, iż wyjdziesz stąd żywy.
Mężczyzna spojrzał mu prosto w oczy i Gravis aż cofnął się o krok. Szum wzmógł się w jego głowie, a w spojrzeniu tamtego rozkwitła na krótki moment potęga, która oszołomiła paladyna.
- Miast uciekać, chcę was prosić o pomoc w uczynieniu dzieła, które pomoże nam wszystkim, słudzy Światła. Zaklinam was na waszą wiarę, pomóżcie mi! Nie będę was okłamywał, że będzie to bezpieczne, lecz przecież patrzę na was…
„Patrzysz raczej przez nas…” – przemknęło przez głowę Gravisowi – „Kim jesteś ?…”
- … i wiem, że nie sposób obudzić w was trwogi. Posłuchajcie mnie. Ja nie zajmuję się polityką, ani religią. Chcę jedynie zmniejszyć groźbę, która zawisła zarówno nad rasami Przymierza, jak i Hordy, a jedno z serc ciemności bije właśnie tutaj. Jam jest śmiertelnym wrogiem Plagi. Walczcie u mego boku!
W wyciągniętej dłoni mężczyzny pojawił się czarny kamień.
- Oto Kamień Przymierza, który oferuję wam jako znak lojalności. Ja… nie pochodzę z tych… ani z waszych stron, a zwyczaje mojego ludu cenią sobie ów symbol honoru i obietnicy. Czy przyjmiecie go?
Szum. Szum skrzydeł w ich głowach.
Gravis niemal bez zastanowienia położył dłoń na dłoni mężczyzny i ujął kamień, który sprawiał wrażenie gładszego od szkła i gorętszego od ognia, lecz paladyn nie zwolnił uścisku.
- Znakomicie! – powiedział mężczyzna – Posłuchajcie mnie teraz. Blisko wyjścia z tej otchłani znajduje się czarny idol, któremu opętane mocą Plagi quilboary oddają cześć. Pożerają oni żywe istoty schwytane w Pustkowiach i rzucają ich dusze na pastwę swych mrocznych panów, którzy rosną w potęgę, gotując się do wojny. Znam rytuał, który zniszczy to miejsce, jednak musicie mnie chronić, gdy będę go odprawiał, albowiem wszystkie me siły poświęcę odcięciu nici między tym światem, a Wielką Pustką. Jeśli nam się uda, będzie wam łatwiej wypełnić wasze zadanie. Jeśli zawiodę, zawiedziecie i wy… Czy jesteście ze mną?
Belnistrasz patrzył na nich swym wzrokiem, który zdawał się sięgać na wskroś, do samych głębin duszy.
Gdy błogosławieństwa odezwały się echem odbitym od skalnych ścian pomieszczenia, mężczyzna przymknął oczy i skinął głową.
„Oszukano nas! Zdradzono nas! Pradawny zakpił z potęgi Plagi! Przeklęty czerwonokrwisty bękart Alekstraszy zwiódł zmysły i zatańczył wśród ścieżek magii Cienia tak, byśmy nie dostrzegli kim jest naprawdę. Wszyscy tańczą do jego muzyki, teraz wy, słudzy Światła, służycie jego kaprysowi. Sczeźnijcie wreszcie! Sczeźnijcie i niech wasza obietnica, która pojawia się w mym martwym sercu i nadzieja, której nie potrafię ukryć dłużej przed mym Panem, sczeźnie wraz z wami! Odejdźcie, nie zniosę tego dłużej, dajcie zanurzyć mi się na powrót w czarnej rzece niepamięci. Wy i ten bękart Pierworodnego Aspektu, Pradawnej wśród Pradawnych. Precz! O, słudzy moi, ruszajcie naprzód! Wyrwijcie serca z piersi! Wspomogę was Cieniem i Ciemnością, wspomogę was zimnem, które przynoszę śmiertelnikom. Rozszarpcie tych, którzy niosą nadzieję, albowiem jest ona owocem zbyt gorzkim dla mych martwych ust…”
Bitwa, podobnie jak ta najdłuższa z nocy, zdawała się nie mieć końca. Gdy tylko dotarli do ogromnego, szkaradnego posągu, we wnętrzu którego zalegały szczątki niezliczonych ofiar, Belnistrasz rozpostarł swe ramiona i zanucił pieśń w języku brzmiącym niczym trzask płomieni wielkiego ogniska. W jednej chwili ciemności stały się gęste od nieumarłych, którzy ruszyli ku nim ze wszystkich stron. Paladyni walczyli w ciasnym pierścieniu, osłaniając mężczyznę własnymi piersiami i kładli wrogów pokotem, lecz przecież ciągle zjawiali się nowi, jakby sama ciemność płodziła swe dzieci bez opamiętania. Ciała piętrzyły się coraz wyżej, coraz trudniej było im operować orężem, zmęczenie odzywało się coraz głośniej…
Nicolaus potknął się, runął na jedno kolano i wstał z trudem, podtrzymywany przez Celeresa, który w tej samej chwili otrzymał straszną ranę, gdy ostrze czarnej włóczni dzierżonej przez potężnego nieumarłego quilboara przebiło płytę napierśnika i przeszło między żebrami. Paladyn jęknął i upadł na wznak, lecz tym razem jego bliźniak osłonił go przed napierającym tłumem. Ciśnięty resztką sił, wzmocniony rozpaczą i wściekłością egzorcyzm uderzył mocniej niż inne i buchnął szczątkami rozerwanych sług Plagi, dając obrońcom kilka cennych sekund.
Śmierć, ich stara przyjaciółka, patrzyła im w oczy i uśmiechała się szeroko, lecz wtedy Belnistrasz skończył swoją pieśń równie nagle, jak ją rozpoczął. Rozległ się jęk, potem skowyt zdający się dochodzić z samej Wirującej Otchłani, a wreszcie doszedł do ich uszu przenikliwy łoskot rozpadającego się posągu. Zapadła całkowita cisza. Ciemność, w której się znaleźli sprawiła, iż mrok jakiego doświadczali jeszcze kilka chwil przedtem zdał im się jasnym blaskiem dnia. Zaświszczały kilkakrotnie ich ostrza, gdy na oślep poszukiwali stłoczonych w pobliżu wrogów. Wyciągnęli dłonie, niczym ślepcy, by przekonać się, czy ich bracia stoją przy nich.
1. wtedy zapłonął ogień. Czerwony ogień.
Oświetlone krwawym płomieniem nieprzeliczone stosy ciał leżały przed nimi, podobnie jak resztki potrzaskanego idola quilboarów. Oszołomiony Celeres podnosił się z ziemi. Jego napierśnik był nietknięty.
- Popatrzcie w płomienie, bracia! – rzekł z dziwnym spokojem Delenitor, który uczynił to pierwszy.
Szum. Szum skrzydeł wdzierał się do ich umysłów. A także obraz ogromnego czerwonego smoka. I głos, głębszy niż krasnoludzkie sztolnie Kotła w Piekącym Wąwozie:
„Jesteście tymi, których miałem nadzieję spotkać. Rozbudziliście na nowo moją wiarę w śmiertelników. Podążajcie naprzód, słudzy Światła. Nie ma już w tym miejscu żadnej siły, która mogłaby was powstrzymać… ”
„Tak, teraz już wiem. Nie mam nic… nie mam w sobie dość sił, by was powstrzymać na drodze ku mnie. Wspinacie się po krętej, wężowej ścieżce ku szczytowi mego wzgórza, gdzie cierniste sklepienie zawieszone jest tak nisko, iż niemal można je pochwycić w dłonie. Widzę coraz mniej, gdyż rzesze mych sług padają pod waszymi ciosami. Nawet Mordresz, który nie zawiódł mnie nigdy dotąd, który miał zatańczyć na waszych kościach, skowycze teraz u wrót Czeluści, albowiem mój Pan nie toleruje słabości. Gwardziści Plagi biegną ku wam z mieczami w dłoniach, moi warlockowie ciskają w was bezkształtne kęsy Cienia, lecz przecież nic nie zmieni tego, co stać się musi. Zbliżcie się i zmierzcie się ze mną, paladyni! Zbliżcie się, a ujrzycie gniew, który zmrozi waszą krew, skruszy waszą stal, zdławi wasze światło! Ja, Amnennar, Niosący Chłód, czekam na was! ”
Wąska ścieżka, która oplatała wzgórze, zdawała się wić w nieskończoność. Niemal każdy krok paladynów znaczyły ślady walki. Przestali rozmawiać, przestali nawet myśleć, jedyne co kierowało ich ruchami to instynkt wojownika i łaska sługi Światła. Pradawny się nie mylił – po tym, jak tajemniczy rytuał został odprawiony, nie napotkali godnych siebie przeciwników, a niewolnicy Plagi padali pod ich ciosami całymi dziesiątkami. To było zbyt łatwe i gdyby nie śmiertelne zmęczenie, paladyni zaczęliby się niepokoić. Nawet wypoczęci nie domyśliliby się jednak prawdy, gdyż nie mogliby przeniknąć czarnej duszy istoty, którą zgładzić przybyli.
Gdy wreszcie znaleźli się na szczycie, ich oczom ukazał się wysłannik Plagi w całym swym majestacie. Widmowa, lśniąca błękitnym światłem postać unosiła się przed nimi, na wpoły materialna, na wpoły zanurzona w Otchłani. Purpurowa szata okrywała od pasa w dół zniekształcone, animowane złowrogą magią szkieletowe ciało. Istotę oplatały łańcuchy, które zdawały się ginąć gdzieś w mrocznej pustce, jakby Licz był niewolnikiem przykutym jednocześnie do obu światów. Oczy w rogatej czaszce płonęły nienawiścią. Gdy bestia uniosła szponiastą dłoń, jakby na powitanie, zamigotały na niej białe smugi krystalizującego się lodu.
„Jesteście nareszcie” – odezwał się głosem pełnym wściekłości i cierpienia w języku, którego zrozumieć nie mogli. – „Jakże długo na was czekałem… jakże długo…”
Paladyni nie odzywają się ani słowem, nie czekają ani chwili.
„Widzę was teraz mymi własnymi oczyma. Istoty z krwi i ciała, lecz płonące wewnętrznym ogniem. Wasze źrenice palą złotem, przebijają niczym włócznie. Mój Pan, następca Ner’zhula, patrzy przeze mnie. Strzeżcie się, on nie zapomina! Ja jestem gotów przyjąć waszą magię, przyjąć Światło, które niesiecie. Nie jestem władcą samego siebie i będę walczył, choć teraz już wiem, że nie zwyciężę. Uderzajcie, a ja odpowiem mocą wezwaną z Czeluści. Uderzajcie, a ja wezwę sługi z Otchłani. Wasze ostrza lśnią mocą runów i znów czuję ból, jak dawniej! Uderzajcie, przebijcie zabliźnioną membranę, wykłujcie owo plugawe oko w przegniłej czaszce, którym się stałem! Uderz…
… teraz, na moment przed podróżą, wynurzam się z czarnej rzeki i znów pamiętam. Łańcuchy pękają z trzaskiem i ja, Amnennar nie jestem przez ową jedną chwilę tym, czym się stałem, lecz tym, kim się narodziłem. Dumnym szamanem mego szlachetnego ludu, który patrzy bez lęku w wasze zdumione twarze. Me serce znów uderza. Me płuca zachłannie karmią się owym jednym, jedynym oddechem, jaki mi podarowaliście.
Teraz, na moment przed podróżą w nicość, czuję strach.
Czuję ból.
Czuję wdzięczność…”
Źródło podstawowe: teksty-bartka4.txt. Wydanie robocze: uporządkowany tekst źródłowy i wstępna korekta. Nie dopisano scen ani zakończenia.