Wielka Katedra Światła nigdy nie pogrążała się w ciemności i nigdy nie zasypiała. Tego wieczora jednak cienie zdawały się zalegać nie tylko w nawach, lecz nawet przed samym ołtarzem. Cienie, tańczące w powolnym, hipnotyzującym rytmie, pęczniejące z każda chwila spijały żarłocznie wszystkie krople blasku zachodzącego słońca, jakie przenikały przez tafle witraży. Niczym żywe istoty czaiły się, skradały, pełzły ku samotnej postaci klęczącej nieruchomo przed ołtarzem.
Tak przynajmniej wyglądało to w oczach kapłanki, która rozglądała się z niepokojem w sercu po miejscu tak dobrze jej znanym, a tak dziwnie teraz obcym.
Plecy klęczącej postaci zadrgały konwulsyjnie, lecz po chwili potężna sylwetka wojownika w pełnej zbroi znowu znieruchomiała. Jego głowa była opuszczona. Jedynie cichy szept sączący się z jego ust świadczył, ze żyje i jest przytomny.
Kapłanka podchodziła powoli, krok za krokiem, obserwując mężczyznę i poruszające się po wnętrzu katedry cienie. Dopiero gdy zatrzymała się tuż za nim, zdołała rozróżnić pojedyncze słowa.
- Niech Potrójna Ścieżka uchroni tych, którzy odejdą… szacunek, współczucie, nieustępliwość niech znaczą każdy krok, słowo i cios. Niech odłamki Cienia nie okaleczą ich dusz… niech ich rozpłyną się one w wiecznym spokoju Światła, niech nie pożre ich Wirująca Czeluść… niech odnajdą zbawienie w śmierci…
Smukła kapłanka poruszała się z gracją tancerki, bezgłośnie niczym kot. A jednak zanim wypowiedziała pierwsze słowo, wiedziała, że paladyn jest świadomy jej obecności.
- Nie znam tej modlitwy - wyszeptała
- Modlitwa za zmarłych. I umierających. - Gottfried nie poruszył się.
- Za jakich zmarłych, Mistrzu?
Paladyn odwrócił głowę od ołtarza, jego profil zwrócony ku kapłance pogrążył się w cieniu. Sięgnął dłonią ku dłoni Ghana i ujął ja delikatnie.
- Za tych, których dziś zabijemy.
Cienie zamarły. Chłód bil od kamiennych ścian katedry, chłodna była także jego dłoń. Cisza stawała się nie do zniesienia.
Ghaan pochyliła się ku paladynowi i uklękła naprzeciw niego.
- Co cię trapi, Mistrzu? - jej spojrzenie było spokojne , słowa jedynie o ton głośniejsze od szeptu. - Tyle bólu w tobie…
Gottfried patrzył w milczeniu. W końcu skinął powoli głowa.
- Ghaan, słodka Ghaan… - westchnął - jakże szlachetna jest twoja dusza… ty, która bierzesz na siebie cierpienie innych, która leczysz rany ducha i ciała… powiedz mi…
Kapłanka uniosła powoli dłoń ku twarzy paladyna.
- Cała ta krew, którą przelewam, całe cierpienie, które sprowadzam na świat… powiedz mi Ghaan, czy bramy mego ducha otworzyłem już dość szeroko, by powitać Cień?
- Panie… ty…
Gottfried pokręcił głową i kapłanka zamilkła.
- Ja jestem straceńcem, prowadzącym pochód straceńców, Ghaan. Ostrzem włóczni światła, pogrążonym w sercu Cienia. Ostrze włóczni zabija, lecz nie sposób uniknąć jego zbrukania. Rdza musi w końcu pochłonąć najszlachetniejszy metal. Jak długo najsilniejsi z tych, którzy patrzą w Otchłań mogą uniknąć tego, by Otchłań nie wejrzała w nich? Czy to już się stało, Ghaan? Czy to już czas?
Ghaan położyła delikatnie dłoń na czole paladyna. Jej palec wskazujący rozpoczął czułą wędrówkę wzdłuż strasznej blizny, zatrzymał się na skroni, by przenieść się na mniejsza bruzdę na lewym policzku.
- Ta blizna wygląda tak, jakby wyżłobiły ją łzy, Mistrzu. Morze łez.
- Wyżłobiło ja ostrze, Ghaan. Ostatni raz miałem łzy na policzkach owego pamiętnego dnia, gdy umierał Uther. Największy z nas. Potem nauczyłem się je przełykać. W końcu zapomniałem o nich.
- Nie o smutku jednak. - Ghaan wciąż wodziła dłonią po bliznach na jasnym obliczu paladyna.
- Nie o smutku.
- Ten dzień nie nadszedł - Ghaan złapała mężczyznę pod łokcie, dźwigając go w górę, ku światłu, które przedarło się przez szkło ołtarza.
Wstali oboje. Gottfried ponownie ujął dłoń kapłanki.
- Cienie pełzają dookoła, Mistrzu. Szukają drogi, kołaczą do drzwi twojej duszy, być może pewnego dnia im otworzysz, ale to nie jest ten dzień. Nie ten dzień. Wyjdziemy razem. I przelejemy ponownie krew, albowiem to jest nasza ścieżka.
- “Niech zepsuta krew płynie jak czerwona rzeka” - wyszeptał smutno Gottfried. - “Zwycięstwo dla Ex Tenebris Lux”.
Cisza.
- Powiedz mi Ghaan… - paladyn zawahał się.
- Tak, Mistrzu?
- Czy… czy nigdy nie chciałaś nas opuścić… żyć normalnie… mieć dom i dzieci…
Ghaan położyła palec na jego ustach. Pokręciła głową.
- Nigdy, Gottfried. Nigdy. Kiedyś, zanim… zanim To się zaczęło… wtedy może tak… widziałam zbyt wiele, gdy Plaga spadla na Lordaeron. To co się stało… wiesz, widziałeś to… słowa tego nie odmalują… pytasz mnie o dzieci… nigdy! Nie po tym, gdy widziałam znajome twarze zmienione w… nie ma gorszego Zła na tej ziemi. My nigdy tego nie zapomnimy, Gottfried. My dzielimy te okrutną tajemnicę…
- Nawet nie wiesz jak bardzo chciałbym, by ci tego oszczędzono, siostro. Abyśmy byli dość silni, by to wszystko nigdy się nie…
- Gottfried - oczy Ghaan lśniły od łez. Ona wciąż to potrafiła - ty byłeś dość silny. Ty i twoi ludzie. Wtedy, pod murami klasztoru, gdy wszystko było stracone, gdy Plaga rozlała się niczym czarny ocean… śmierć była wszędzie, w powietrzu, wodzie i ogniu… ten obraz wypalił się w moich źrenicach na zawsze… ostrza krzesały iskry… wasze młoty lśniły, choć nie było tam słońca, nigdy nie było silniejszych od was… Gottfried. Nigdy.
- Ocalamy jednych, ocalając świat. Zabijamy, pogrążając świat w mroku… w mroku… Ghaan…
- Gottfried… od tamtej chwili, gdy w ciemnościach, w oceanie bólu i leku, zabłysły wasze pieczęcie, zagrzmiały wasze egzorcyzmy… jesteś i pozostaniesz dla mnie dotykiem Światła. I gdy - jeśli - nadejdzie Ten dzień, dowiesz się o tym ode mnie. Mój Mistrzu. Mój bracie. Obyśmy zginęli wcześniej.
- Będę się o to modlił.
Gottfried pogłaskał policzek dziewczyny. Ruszyli powoli ku wyjściu.
Cienie ustępowały. Odpełzały ku niewidocznym bramom swego królestwa. Wielka Katedra Światła nigdy nie pogrążała się w ciemności i nigdy nie zasypiała.
Źródło podstawowe: Uldaman.doc. Wydanie robocze: uporządkowany tekst źródłowy i wstępna korekta. Nie dopisano scen ani zakończenia.