Pokład był nieruchomy. Okręt nie kołysał się na spokojnych wodach ogromnej górskiej pieczary i tylko zalane krwią deski skrzypiały lekko pod butami dwóch ciężkozbrojnych. Przed nimi znajdowała się niewielka budka, której wnętrze skrywała ciemność. Cisza była przejmująca tym bardziej, iż w uszach i umysłach dźwięczały im jeszcze przeraźliwe krzyki i szczęk oręża. Nawet demon Enneala milczał.
Warlock zmrużył oczy, wpatrując się w bezkształtną plamę. Wsłuchał się w strumień czarnych myśli swego sługi.
- Coś czai się w mroku - wyszeptał.
- On. Czeka na nas - powiedziała cicho Ghaan. Drżała jeszcze odrobinę po upadku z pomostu do lodowatej wody, choć jej usta straciły już siną barwę.
Haagen postąpił krok do przodu. Deski skrzypnęły. Uchwycił mocniej topór, sprawdził mocowanie tarczy. Odwrócił się i spojrzał pytająco na towarzyszy. Rozumieli się bez słów. Spojrzenia. Lekkie skinienie głową. Gottfried wyszeptał krótką modlitwę. Jego oczy zabłysły. Polac zacisnął dłonie w pięści i uniósł wzrok ku sklepieniu pieczary. Koncentrował sie w milczeniu.
- Van Cleef!!! - ryknął Haagen - Przyszliśmy po ciebie, zdrajco!!
Po chwili jasny owal twarzy wynurzył się z ciemności. Szczupła postać w czerni z ciężkim rapierem w dłoni. Ruchy tancerza, długie, jasne włosy zebrane w koński ogon. Edwin Van Cleef uśmiechnął się pogardliwie, mierząc wzrokiem swych przeciwników.
- Dotarliście dalej niż poprzednicy - powiedział wreszcie - Jednak nie powinniście byli tu przychodzić. Bractwo nie tylko zetrze na proch wasze kości, ale także każdy ślad po waszym istnieniu.
Haagen podchodził w milczeniu, obok niego kroczył Gottfried, rozglądając się uważnie.
- Znam wasze tabardy - prychnął Van Cleef, unosząc nieco rapier – Wasz żałosny Zakon nie przetrwa. Wystarczy jedno moje słowo, a wymażą was z wszelkich kronik, ogłoszą heretykami i będą ścigać po krańce Azeroth. Nie wiecie z kim macie do czynienia, głupcy!
Demon Enneala zaskrzeczał coś w swej niezrozumiałej mowie.
- Są wszędzie - krzyknął warlock - okrążają nas.
Polac wyrzucił przed siebie obie dłonie. Oślepiający błysk w jednej chwili rozproszył cienie, czające się wokół. Czarne postacie wyburzyły się jakby znikąd, lekko pochylone, ciche niczym śmierć, osaczając wojowników Zakonu.
- Asasyni! - zagrzmiał Gottfried - Asasyni Bractwa!
- Brać ich! - wrzasnął Van Cleef i pomknął ku Haagenowi. Ostrze rapiera śmignęło niczym błyskawica.
Czarne postacie runęły ze wszystkich stron. Asasyni, podobnie jak ich pan, poruszali się niczym tancerze. Ich słynny taniec śmierci budził przerażenie w całym królestwie Stormwind. Tym razem jednak trafili na godnych przeciwników. Haagen błyskawicznie zasłonił się tarczą przed spadającym ostrzem i pod tą osłoną zaczął się cofać krok za krokiem. Rapier Van Cleefa rozmazał się ze świstem w czarną smugę, gdy straszliwy szermierz próbował znaleźć szczelinę w obronie wojownika.
Gottfried odwrócił się i pobiegł ku trójce okrążonych towarzyszy, Pieczęć Furii zabłysła krwawo na jego kolczudze. Uwolnione w jednej chwili zaklęcia zatrzęsły potężnie pokładem, zjonizowane powietrze unosiło do góry włosy, malutkie błyskawice zatańczyły na ostrzach sztyletów asasynów. Kule ognia zaśpiewały swą pieśń, lecąc tuż nad pokładem. Porwały po drodze dwóch trafionych bezpośrednio skrytobójców, którzy z krzykiem zniknęli w ciemności. Ostre jak brzytwa lodowe pociski Polaca rozszarpały w jednej chwili kolejnego asasyna. Zamarzająca błyskawicznie w czarno-czerwone sople krew trysnęła na deski pokładu. Enneal uderzył magią cienia, która zdawała się wysysać nikłe światło pieczary, pogrążając wszystkich na powrót w ciemnościach.
Sztylety nie próżnowały. Polała się krew odzianych jedynie w szaty Enneala i Polaca. Nie próżnowała jednak także kapłanka - rany zdawały się goić w oczach, choć towarzyszący temu ból przerywał inkantacje. Zabójcy nie byli głupcami - kapłanka natychmiast przyciągnęła ich uwagę. Jeden z nich zdołał przebić się przez osłaniającą ją świetlistą tarczę i Ghaan krzyknęła. Z głebokiej rany w jej boku wypłynął na suknię ciemny strumień. Kolejny cios jednak nie spadł. Młot Gottfryda dosięgnął asasyna i jego mózg rozprysnął się na białej tarczy paladyna. Dwóch innych próbowało dokończyć swego dzieła, jednak Pieczęć Ochrony otoczyła kapłankę, odrzucając napastników do tyłu, gdzie dosięgła ich magia Enneala i Polaca, wypalając w deskach pokładu czarne sylwetki, niczym cienie.
Smród spalenizny rozszedł się w powietrzu. Błyski światła oślepiały źrenice, by za chwilę zgasnąć, zduszone przez strumienie ciemności płynące z dłoni Enneala. Ogień i lód na zmianę rozpalały i zamrażały powietrze. Złote pioruny Światła, szklista barwa lodu, twarda stal, skwierczące kule ognia mamiły zmysły, rodząc wrażenie straszliwego chaosu. Mimo nadludzkiej zręczności asasynów ich szeregi topniały, aż w końcu padł ostatni, przybity do masztu wielkim niczym pika lodowym ostrzem Polaca.
Van Cleef atakował nadal z pasją. Haagen mógł przekonać się na własnej skórze, że jego reputacja nadludzko sprawnego szermierza nie byłą czczą blagą. Kilka śmignięć rapiera przedarło się przez zasłony i rozszarpało kółka kolczugi na ramieniu, raniąc mięśnie. Żaden członków Zakonu w pojedynkę nie mógłby dotrzymać boku wodzowi Bractwa. Nawet jednak słynny Edwin Van Cleef nie mógł powstrzymać całej piątki. Pozbawiony swych mrocznych sług, został w końcu osaczony. Rękojeść rapiera zamarzła mu w dłoni, ostrze pękło na tarczy Gottfrieda. Strach pojawił się w końcu w jego ciemnych oczach, lecz nie poprosił o litość. Walczył, choć wiedział, że zginie. Ostrze topora Haagena było niczym wybawienie.
Dokonało się!
Zakrwawione ciało Edwina Van Cleefa, założyciela i przywódcy Bractwa Defias leżało u ich stóp.
- Byłeś kiedyś prawym człowiekiem - wyszeptał Gottfried, pochylając się nad ciałem. - Niech Światło zlituje się nad tobą.
Chociaż Zakon spełnił swą powinność, a Ex Tenebris Lux przypadło w udziale wielkie zwycięstwo, paladyn nie czuł w tej chwili radości. Zmęczenie wypełniło jego obolałe, poranione ciało. Żal wypełnił jego duszę.
Cisza stawała się nieznośna.
- Wracajmy do domu - odezwał się w końcu Polac.
Źródło podstawowe: teksty-bartka.txt. Wydanie robocze: uporządkowany tekst źródłowy i wstępna korekta. Nie dopisano scen ani zakończenia.