Tydzień minął szybko. Rany zostały wyleczone. Broń została naprawiona. Litanie odmówione raz za razem, z tym samym oddaniem i pewnością, jakie towarzyszyły im zawsze. Byli gotowi na długo wcześniej, nim Yeh’kinya zdołał odczytać starożytny alfabet swego ludu. Potem zjawiła się dręcząca nuda. Wreszcie, pewnego dnia, Gravis powrócił z portu i od razu zobaczyli, że jego oczy lśnią. Droczył się z nimi przez chwilę, czekając, aż zaczną go wypytywać, lecz oni znali tę grę i z trudem powstrzymując ciekawość i narastające podekscytowanie, milczeli.
Wreszcie paladyn opowiedział im o tajemniczym jaju, starszym od najstarszych ludzkich imperiów, które spoczywa w dalekim Hinterlands, w jednym z ocalałych z wojen z krasnoludami miast trolli.
- Ten stary szaleniec odczytał to z tablic, które mu przynieśliśmy? – zapytał poważnie Delenitor.
- W rzeczy samej. Nazywa to proroctwem Mosh’aru. Jajo ma być instrumentem, w którym można przechować esencję boga. Boga, który budzi w tym trollu tak wielkie przerażenie, że czuję je niemal w swoim własnym umyśle.
Siedzący na hamaku Celeres leniwie uniósł ramiona i zaplótł je za głową. Potężne mięśnie zagrały pod prostą, lnianą koszulą.
- Wygląda więc na to, że znów ruszamy drogą świętej wojny, bracia – powiedział z udawaną obojętnością.
Delenitor spojrzał na niego w zamyśleniu.
- Miejmy nadzieję, że wkraczamy na właściwą ścieżkę.
Jego spojrzenie spotkało wzrok Gravisa. Nie było w nim strachu, lecz Delenitorowi zdało się, iż przez moment widzi tam cień wahania.
…………………………………
Miast na wojnę, rozdzierającą Silithus, ruszyli zatem w przeciwnym kierunku. Mieli przed sobą tygodnie męczącej podróży. Gryfami do zatłoczonej ponad miarę twierdzy Theramore, gdzie do nabrzeża niemal co chwila przybijały okręty z zaopatrzeniem i wojskiem, zdążającym na pomoc druidom Kręgu Cenariona. Potem jednym z powracających do Zatoki Menethil statków transportowych. Stamtąd ponownie gryfami do stolicy krasnoludzkiego klanu Dzikiego Młota, pięknego Aerie Peak.
Orzeźwiający wietrzyk i zielone trawy Hinterlands zdały się im niemal rajem po piaszczystym piekle Tanaris i monotonii żeglugi po Wielkim Morzu. Po niebie krążyły leniwie dzikie gryfy, niezwykłe istoty, których nie sposób było poskromić, lecz których wdzięczność i przyjaźń można było sobie zaskarbić szlachetnością.
Galopowali przez zielone równiny i były to chwile wolności, zapomnianego szczęścia. Pięć rumaków wybijało kopytami równy, mocny rytm, wiatr rozwiewał ich grzywy. Bracia Malleus przez te krótkie momenty byli znów beztroskimi chłopcami, którzy wymknęli się z ojcowskich stajni z najlepszymi końmi, by galopować przed siebie i krzyczeć z radości. W końcu jednak jazda musiała się skończyć. Zatrzymali się w miejscu, które sprawiało wrażenie bezpiecznego, wystarczająco blisko jednak miejsca, którego szukali. Większość starych osad trolli była tutaj wymarła i pogrążona w ruinie. Nieliczne wioski zamieszkiwały leśne plemiona Witherbarków i Villebranchów. Paladyni stanęli jednak, zgodnie ze wskazówkami Yeh’kinyi i Wielkiego Tana Dzikiego Młota w pobliżu miasta Jintha’Alor. Teraz widzieli już ów kamienny labirynt placów i uliczek wznoszących się ku niebu, niczym górski łańcuch. Na samej górze mieli nadzieję odnaleźć amfiteatr i jaskinię, o której opowiadał im stary troll w porcie Steamwheedle.
Gdy przygotowywali broń, Delenitor ujrzał coś w oczach Celeresa. Młody paladyn miał w spojrzeniu dziwną iskrę, co zaniepokoiło jego starszego brata. Cienie przeszłości czaiły się tam, gdzie powinny zostać zapomniane i rozproszone przez to, czym żyli teraz. Nie wierzyli w przeszłość. Nie mieli nadziei na przyszłość. Nie rozmawiali o tym. Tak było lepiej, tak powinno pozostać. A jednak radosna jazda równinami Hinterlands obudziła coś i Delenitor wiedział, że nie tylko on sam to poczuł. Było to piękne i groźne, było to słodkie i gorzkie, jak za każdą radością również tutaj czaiły się straszne wspomnienia i ból. Ich spojrzenia spotkały się i Celeres zacisnął gwałtownie usta, jakby zrozumiał, że powinien milczeć. Że cokolwiek czuje, powinien zachować to dla siebie.
Bracia rozumieli się jednak bez słów. Gravis odłożył na chwilę tarczę i podszedł do nich. Inquisitio i Nicolas również się zbliżyli. Stali w kręgu, jak zawsze.
- Co się dzieje? – zapytał cicho Gravis. Gdy Delenitor spojrzał na niego smutno, najstarszego z braci Malleus ogarnął strach. Obawa, że ktoś z nich wypowie słowa, których w milczącej zgodzie nie wypowiadali nigdy. Wiedział, że przeszłość musi kiedyś powrócić, ale teraz wyszeptał cicho modlitwę, błagając, by nie był to ten dzień. Stali tak w ciszy, zakłócanej tylko parskaniem koni i wiatrem buszującym w wysokiej trawie. Wreszcie Celeres nie wytrzymał:
- Kiedy to się skończy? – powiedział cicho, łamiącym się głosem – Kiedy to wszystko się skończy?
Poczuli się dziwnie. Jakby ktoś jednocześnie położył na ich ramionach wielki ciężar, zdejmując zarazem inny. Przytłoczeni i pełni ulgi.
Gravis spojrzał w zamyśleniu na jasnowłosego brata. „Kiedy to się stało, braciszku” – pomyślał. – „Jak to się stało? Pamiętam przecież, jak jeszcze niedawno byłeś roześmianym smarkaczem i nosiłem cię na barana. Tak niedawno, a już wspomnienie to wyblakło w mej duszy. Kiedy stałeś się tym zakutym w stal i spowitym w Światło olbrzymem, braciszku? Dlaczego nie mogłem nauczyć cię niczego, oprócz wojny?”
Twarz Gravisa wykrzywia się, jakby chciał się uśmiechnąć i zapłakać zarazem. „I Delenitor. Zawsze pogrążony w księgach. Najmądrzejszy z nas. Ostrożny. Rozsądny. Tak bardzo pragnął nieść ulgę. Przez całe życie chciał być uzdrowicielem. Cóż się z tobą stało, bracie? Jakże się czujesz teraz, gdy miast ujmować bólu, musisz zabijać wraz z nami?”
„Kiedy to się skończy” – dźwięczało im wszystkim bez końca w umysłach pytanie Celeresa. Stali tak razem w kręgu i wydawało im się, że płaczą bezdźwięcznie. Nie rozległ się żaden głos, nie spłynęła żadna łza.
- Wraz z naszą śmiercią, umiłowany bracie – odezwał się Inquisitio. Odwrócił się powoli, zdjął przymocowaną do uprzęży konia ciężką tarczę. Gdy ponownie stanął przed nimi, jego twarz przesłaniała już przyłbica hełmu. Umocowana na przedramieniu tarcza uniosła się w górę.
- Wszystko przeminie. Słudzy Światła również odpoczną. Ból ucichnie – powiedział syn Valeriusa, lecz jego głos zabrzmiał spod hełmu dziwnie martwo.
Wszyscy zakładali hełmy. Nie patrzyli już sobie w oczy. Potrafili wskrzeszać umarłych, lecz przeszłość odeszła na zawsze i wiedzieli o tym. Nie było im pisane życie, o jakim niegdyś marzyli. Dziś nosili na swych barkach ciężar, którego nie chcieli i nie potrafili zrzucić. Pogrążeni w wiecznej wojnie zdawali sobie sprawę, że nie ma dla nich wybawienia innego, niż gwałtowny koniec w bitwie, która kiedyś musi nadejść. Każdy dzień był walką, w której najgroźniejszym wrogiem były ich ludzkie słabości – tęsknota za utraconym życiem i utraconymi ludźmi, cierpienie odbierające siłę woli, nienawiść odbierająca łaskę, strach odbierający godność, wątpliwości odbierające niezłomność.
Gravis spojrzał na nich wszystkich przez wizjery przyłbicy. Miłość i obawa wypełniała mu serce. Tkwili na krawędzi, w zawieszeniu. Zaledwie ludzie, których łatwo zranić i zabić, których łatwo zepchnąć na kręte ścieżki Cienia. Jednocześnie narzędzia Światła, ostre i precyzyjne, straszne i bezlitosne, władające mocami, których niepodobna do końca okiełznać.
Uklękli na miękkiej trawie, trzymając broń przed sobą. A potem jak zawsze uderzyły w nich gromy błogosławieństw, unoszące się w powietrzu pyłki kurzu rozbłysły w delikatnych światłach aur, a gdy powstali, na zbrojach syknęły pieczęcie, wzywając ich do boju. Spłynął na nich spokój. Celeres, podobnie jak jego bracia, nie miał już w oczach smutku. Miał w nich płynne złoto.
…………………………………
- Kim wy jesteście – wydusił z siebie zdumiony troll, osobliwie kalecząc wspólną mowę swym miękkim akcentem – Kim jesteście, że gdziekolwiek się udacie, wracacie stamtąd żywi i zdrowi, przynosząc mi to, czego zażądałem?
- Jesteśmy Pięścią Światła – powiedział Nicolaus.
- Jesteśmy synami lorda Malleus – powiedział Delenitor
- Jesteśmy kośćmi Lordaeronu – powiedział Inquisitio.
- Jesteśmy ludźmi – powiedział Celeres.
Stary troll otworzył usta, patrząc na nich nie rozumiejącym wzrokiem, aż roześmiali się wszyscy. Yeh’kinya przygarbił się i spojrzał na nich dziwnie, a potem przeniósł wzrok na ciemny, gładki przedmiot wielkości końskiej głowy, trzymany w wyciągniętych dłoniach przez Nicolausa.
- Schowajcie to! Teraz! – wysyczał. – To jedyna rzecz na całym świecie, która może uwięzić esencję Łupieżcy. Teraz już wierzę, że jest wam przeznaczone tego dokonać.
Paladyni patrzyli na niego w milczeniu. Słuchali uważnie, gdy podjął swoją opowieść, mroczną, pachnącą stęchlizną minionych wieków i dawno zakrzepłą krwią.
………………………
Krasnolud kręcił głową z niedowierzaniem.
- Znaleźliście to. Bracia Malleus. Ci, którzy weszli do skarbca Tytanów, teraz wydarli starożytny artefakt z rak trolli. Na szczyty Dun Morogh! Powinniście wstąpić do Ligi. Gravis uśmiechnął się lekko.
- Dzięki ci za dobre słowo, przyjacielu. Szukamy twojej rady i pomocy. Yeh’kinya mówi o świątyni ukrytej na bagnach na wschód od Przejścia Martwego Wichru. Czy Liga wie coś o tym?
Krasnolud pogładził brodę w zamyśleniu.
- Liga wie wiele, bardzo wiele, sługo Światła, choć ta sprawa nie znajduje wielkiego zainteresowania u moich przełożonych. Tak, mam dla was radę. A także wskazówkę. Po pierwsze, nie ufajcie trollowi. Nigdy. Po drugie, niech któryś z was jedzie do Stormwind. W dzielnicy krasnoludów pytajcie o Brohana Caskbelly. Zwykle najłatwiej go spotkać w którejś z gospód. To stary głupiec i niemal nikt w Lidze nie wierzy w jego opowieści, ale tak się składa, że są one bardzo podobne do historii opowiadanej przez trolla. Zatopiona świątynia na bagnach, tak, tym usiłował wkupić się ponownie w łaski Ligi. Podobno ją widział w czasie zwiadowczego lotu gryfem nad tamtymi ziemiami. Odszukajcie go, a być może jego opowieść będzie wam przydatna.
Gravis skinął głową.
- Bądź błogosławiony, przyjacielu. Niech Światło cię prowadzi.
Krasnolud uniósł w górę dłoń, żegnając paladyna.
- I niech będzie z tobą, młodzieńcze. Niech świeci wam w ciemnościach, a wtedy jeszcze się spotkamy.
……………………….
Spotkali się na obrzeżach Portu Steamwheedle, gdzie pustynny wiatr zawodził w uszach, a piasek siekł twarze ostrymi igiełkami.
- To przeklęte jajo zapaskudziło moje juki – narzekał Nicolaus – Wszystko zaśmierdło.
- Lepiej więc zostawić je tam gdzie jest, niż zasmrodzić kolejne torby – roześmiał się Celeres, odwracając owiniętą szalem twarz od wiatru.
Gravis zeskoczył z konia i gestem przyzwał ich do siebie.
- Krasnolud z Ligi ostrzega nas przed trollem…
- Nie musi tego robić – odparł Delenitor – Nie sądzi chyba, że obdarzamy go zaufaniem.
- Daj mi dokończyć, bracie – Gravis podniósł głos – Twierdzi, że bada legendy trolli tu w Tanaris, a wcześniej badał je także we Wschodnich Królestwach. Słyszał o proroctwie. Radzi nam podążać tropem, który podjęliśmy. Odnaleźć Świątynię. A potem…
- Oszukać strzegące jej dragonkiny, sługi Ysery Śniącej – wtrącił Inquisitio.
- Przedostać się do wnętrza i zabić tych, którzy staną nam na drodze – dodał Celeres.
- Na końcu upuścić krwi ze sług plugawego boga, zgasić płomienie rytualnych świec, przyzwać jego awatar i zdławić jego moc. A potem umieścić go w jaju i wrócić tutaj, na pustynię – dokończył Delenitor.
Żaden z nich nie uśmiechał się, choć mogło to brzmieć jak ponury żart.
Gravis wzruszył ramionami. Wskazał na księgę wiszącą mu u pasa.
- „Nie znajdą spokoju sługi moje, nie będzie dla nich snu ni odpoczynku, albowiem ich znój jest ulgą prostych ludzi, albowiem ich ból jest snem sprawiedliwych, albowiem ich młoty są spokojem wiernych.”
- „Jam jest tarczą maluczkich, jam jest ich puklerzem. Pierwej życie wycieknie ze mnie krwawą strugą, niźli spocznę w mej wędrówce. Pierwej światło oczu moich zgaśnie, niż ujrzą one hańbę klęski” – wyszeptał Delenitor, a pozostali skłonili głowy w milczeniu.
Źródło podstawowe: Kolekcja opowiadań.docx. Wydanie robocze: uporządkowany tekst źródłowy i wstępna korekta. Nie dopisano scen ani zakończenia. Wybrano dłuższą wersję z „Kolekcji opowiadań”; drugi DOCX zawiera krótszy fragment.