Proroctwo Mosh’aru · Opowieść osobna

Sunken Temple

Wydanie wstępne · korekta w tokuok. 18 min czytania

Sunken Temple, zatopiona świątynia na bagnach, które dość dobrze znają przede wszystkim wszelkiej maści herbaliści, to kolejny przystanek w poznawaniu mrocznych tajemnic otaczających boga Hakkara.

Z nawoskowanych worków wyjęli ubrania i zbroje. Przebierali się w pośpiechu, osłaniając się nawzajem, albowiem nie wiedzieli, czy ze słabo oświetlonego tunelu niebezpieczeństwo nie nadejdzie wcześniej, niż się spodziewali. Budowla była ogromna, to mogli dostrzec już z zewnątrz. Jej większa część została zatopiona najwyraźniej bardzo dawno temu i trudno było sobie wyobrazić moc tych, którzy dokonali owego wyczynu. Podobnie jak determinację tych, którzy zdołali wznieść podobny gmach na równie niegościnnych ziemiach.

Nie szczękali zębami, choć woda była lodowata. Światło pulsowało w nich znajomą energią, dawało siłę i wolę walki. Wkrótce huknęły błogosławieństwa i błysnęły ostrza. Byli gotowi.

Starożytna świątynia boga trolli wydawała się zarazem opustoszała, jak i wypełniona nieuchwytną obecnością. Ściany i sklepienia pokrywał wilgotny osad, dźwięk spadających kropel wody wzmacniany był niepokojącym echem. Płomienie wielkich, wyższych od człowieka świec oszczędnie oświetlały ponure wnętrza, lecz paladyni z każdym swym krokiem mieli wrażenie, że mrok czai się tuz obok, że cios przyjść może w dowolnej chwili. Wszystko tu było ogromne, jakby budowniczowie na każdym kroku, z każdym kładzionym kamieniem chcieli oddać hołd mocy swego boga. Z głównego, opustoszałego hallu schody pięły się w różnych kierunkach, niektóre w dół, inne w górę. Powietrze było nieznośnie stęchłe i wilgotne zarazem. Synowie Valeriusa musieli oddychać ciężej i szybciej, niż zwykle. Wiedzieli, że to zły znak, że w takim powietrzu zmęczenie przychodzi szybko, a walka przychodzi z trudem.

Przemieszczali się ostrożnie i powoli. Gigantomania budowniczych świątyni działała na ich korzyść – mogli swobodnie poruszać się w szyku bojowym, spowici w Światło, opancerzeni tarczami, gotowi na przyjęcie każdego ciosu zadanego ostrzem, lub magią. Zastanawiali się przez chwilę, jak niesłychanego uporu i zakrojonego na dziesiątki lat wysiłku wymagało wzniesienie czegoś tak ogromnego w równie ponurym miejscu. Rozglądali się uważnie po polu bitwy, która musiała nadejść.

Wiedza, jaką dysponowali paladyni, była nieporównanie większa, niż jeszcze kilka tygodni temu. Z pomocą bibliotekarzy Ligi przestudiowali nieliczne dostępne zwoje dotyczące proroctwa Mosh’aru, znajdujące się w Wielkiej Bibliotece Ironforge. Rozmawiali z Brohanem Caskbelly, a także z byłym jeźdźcem gryfów, który towarzyszył mu w jego wyprawie, a teraz, pogrążony w pijaństwie, zaszył się w górach północnego Hinterlands, nieopodal osady Wysokich Elfów. Zasięgnęli nawet języka goblińskich archeologów. Okazało się, że jeden z nich dotarł już wcześniej do świątyni Hakkara, lecz przeżycie to było dla niego tak strasznym koszmarem, iż niewiele z niego zapamiętał.

Wyglądało na to, że cywilizowane rasy Azeroth nie posiadały zbyt wiele wiedzy na temat prastarego boga trolli, jego ocalałych sług i wybudowanej przez nie budowli. To zaś, co wiedziano, w większości odpowiadało historii, którą zrelacjonował im Yeh’kinya w Tanaris. Zachowały się także zrekonstruowane pracowicie przez krasnoludy legendy, w których opisano gniew zielonej smoczych Ysery Śniącej, potężnej pani Szmaragdowego Snu, która odkryła zamiary trolli i pogrążyła świątynię w bagnistych wodach jeziora nazwanego potem Sadzawką Łez.

Ich wyprawa zakrawała na szaleństwo, lecz czyż ich całe życie nie obfitowało w podobne czyny? Czyż Światło nie prowadziło ich poprzez mroki gęstsze jeszcze od tych, na jakie przyszło im trafić w zatopionej świątyni krwiożerczego boga?

- Czujecie zew? – spytał cicho Gravis.

Pozostali skinęli jedynie głowami. Ich nasycone Światłem ciała nigdy się nie myliły. W świątyni czekali na nich nieumarli. Wielu nieumarłych. Byli gotowi na rzeź i nie zawiedli się.

Pierwszy patrol natknął się na nich jeszcze na szerokich, krętych schodach i był zbyt zaskoczony, by uczynić cokolwiek, poza szybkim zejściem z tego świata. Zgiełk oręża pomnożyły tysiąckrotnie echa świątyni. Paladyni ujęli mocniej broń i ruszyli do przodu, ku swemu przeznaczeniu. Trafili do ogromnego, kolistego korytarza z licznymi odnogami po prawej i lewej stronie. Ściany pokrywały osobliwe, przerażające płaskorzeźby, na których uwieczniono zdeformowane, wykrzywione groteskowo w grymasach strachu i bólu twarze.

Najpierw były dziwne węże, które unosiły połowę korpusu tak, że mogły patrzeć w oczy rosłemu mężczyźnie. Pluły jadem i kąsały kłami, zdolnymi przebić kolczugę. Zdychały w parującej, duszącej, zielonej cieczy, która jeszcze bardziej utrudniała paladynom oddychanie. Po podłodze i ścianach pełzały czerwie długości męskiej nogi, lecz znacznie od niej grubsze. Bił od nich straszliwy smród gnijącego mięsa. Niektóre spadały także ze sklepienia. Nie były równie rozumne jak węże, lecz atakowały, rozdrażnione hukiem przelewanych na bestie energii pieczęci, błyskami światła i złotym blaskiem konsekracji wypalającym wszystko co żywe i nieczyste, a także to, co nieumarłe.

Wtedy nadeszli prawdziwi wrogowie. Trolle-wojownicy i trolle-kapłani, a także zmumifikowane ciała przywrócone do życia obrzędami wudu i magią Cienia. Sam widok owej armii przemierzającej szeroki korytarz po ich obu stronach mógłby śmiertelnie przerazić wielu, nawet zaprawionych w bojach mężczyzn. Nie było bowiem ucieczki, oprócz tej w zwycięstwo, lub tej w śmierć.

Paladyni jedynie czekali nieruchomo, jak przyczajona bestia, ustawieni w swym szyku bojowym, lśniący od pełgających na zbrojach, tarczach i broni ogników Światła, błyszczący zza wizjerów hełmów jasnym złotem oczu. Czekali, aż nadciągające oddziały znajdą się w zasięgu ich magii i stali. Wszystko to odbywało się w osobliwej ciszy, jakby odgrywano jakiś starożytny spektakl, dawno martwy rytuał.

Wreszcie zaczęło się. Pomknęły ku nim ze świstem ciężkie włócznie, a tuż za nimi biegiem ruszyli wojownicy, żywi i nieumarli. Z tyłu nabrzmiała ciemność. Rozległy się ciche inkantacje w niezrozumiałym dla paladynów języku. Zapulsowało im w uszach powietrze, gdy pomknęły ku nim wyrwane przez kapłanów Otchłani pociski cienia, wyprzedzając w locie smukłe kształty włóczni. Moc owych plugawych zaklęć osłabiła otaczająca paladynów aura, jednak mimo to Cień sprawiał nieopisany ból. Nadlatujące włócznie zostały odbite ustawionymi z mechaniczną precyzją i szybkością pod odpowiednim kątem trzema tarczami. Synowie Valeriusa mieli czas akurat na to, by zaczerpnąć głęboko tchu, nim dopadli ich wojownicy Atal’ai.

Zakotłowało się, jakby w stado wygłodniałych psów wrzucić garniec pełen podrobów. Gorące iskry skrzesane ostrzami trolli na tarczach paladynów zapłonęły niczym świetliki w półmroku korytarza. Było ciasno, bardzo ciasno. Paladyni zostali otoczeni w mgnieniu oka, lecz nie zdawało się to robić na nich większego wrażenia. Powietrze zapachniało palonym mięsem, gdy rozległ się huk powtórzonego pięciokrotnie Świętego Gniewu. Ciała nieumarłych wojowników rozpadały się, niczym dynie naszpikowane goblińskimi granatami. Złoty blask konsekracji pomknął po zabrudzonej szczątkami podłodze i szarych ścianach. Nie dość było tego, albowiem jednocześnie zasyczały pieczęcie, których palącymi energiami bracia Malleus posługiwali się w doskonałej harmonii. Blask, którego nie widziano tutaj jeszcze nigdy, zalał korytarz, jakby słońce wstawało w miejscu, gdzie ciemność zdawała się sprawować udzielne władanie.

Przez pierwsze chwile bitwa wyglądała, jakby wzburzona czarna fala uderzyła w niewzruszony falochron. Falochron, który został obmyty z każdej strony, lecz nie drgnął nawet. Paladyni stali w miejscu, niczym wmurowani, a impet wojowników Atal’ai rozbił się na ich tarczach. Zapanował straszny chaos, gdy huk i paląca oczy jasność bijąca od synów Valeriusa, mąciły zmysły trolli. Na ową kakofonię dźwięku i obrazu nałożył się łomot uderzających o tarcze mieczy, blask leczących zaklęć paladynów, rytmiczny jazgot egzorcyzmów, okrzyki bojowe i wrzaski bólu. Krew popłynęła obficie, trysnęła z otwieranych magią i stalą arterii, odrąbywane członki latały we wszystkich kierunkach, zmiażdżone i posiekane ciała osuwały się na ziemię. Paladyni zdawali się być wszędzie, odpierać ataki z każdego kierunku, budując makabryczny mur ze szczątków i trupów atakujących ich w szale trolli.

Stojący nieco z tyłu kapłani Atal’ai niecierpliwili się przez kilka chwil, a potem ponownie użyli swych mocy i magia Cienia poczęła kąsać jednako trolle i paladynów, albowiem w panującym w centrum starcia tłoku nie sposób było uniknąć podobnych pomyłek. Paladyni w jednej chwili pojęli, że muszą dostać się do kapłanów, gdyż w przeciwnym wypadku ciskane przez sługi Hakkara zaklęcia staną się ich zgubą.

Wrogowie na swoje nieszczęście, nie zdawali sobie bowiem sprawy, że do tej pory bestia Światła zaledwie ryknęła. Teraz wreszcie się poruszyła i nim kapłani Atal’ai to zrozumieli, było już dla nich za późno. Trolle, które rodziły się, żyły i umierały w świątyni, nigdy nie wychodząc na powietrze, nie miały dotąd do czynienia z równie potężnym i biegłym w wojennym rzemiośle przeciwnikiem. Nie pojęły na czas, iż ci, z którymi walczą, są wrogiem całkowicie odmiennym od tych nielicznych intruzów, którzy trafiali dotąd od czasu do czasu do miejsca kultu Hakkara, by nigdy go nie opuścić. Zwykle sprawy rozgrywały się szybko, wśród wrzasków bólu i strachu, a potem ołtarz spływał krwią schwytanych nieszczęśników. Tym razem jednak kto inny krzyczał i inną krew przelewano.

Paladyni przyjęli i wchłonęli w siebie cały impet wściekłego ataku, nie cofając się nawet o krok, a jedynie obracając się w niezmiennym, jakby zamrożonym szyku wokół własnej osi. Tarcze, ostrza, bijaki młotów śmigały z rozmazującą się w świetlne smugi szybkością, a pulsujące energie Światła czyniły dodatkowe spustoszenie w szeregach wrogów.

Wszystko to rozegrało się w ciągu sekund, okaleczone ciała błyskawicznie zaścieliły ciemną posadzkę, a ci, którzy przetrwali nie walczyli już w tak ciasnym szyku, jak przed momentem. Wtedy bracia Malleus ruszyli jak jeden mąż do przodu, tam, gdzie śmigały ku nim czarne pociski kapłanów Atal’ai. Dwuręczne miecze Celeresa i Nicolausa zmiotły kilku oszołomionych wojowników trolli, pozostałych trzymających się wciąż na nogach powaliły uderzenia tarcz i młotów. Trolle padały i, a ich karki pękały z chrzęstem pod ciężkimi butami bojowymi paladynów. Nie przetrwał już żaden nieumarły, z tych, których wysłano przeciwko nim. Porozrywane, popalone szczątki rozszalały żywioł Światła rozrzucił na wiele jardów w głąb obu stron korytarza. Bracia Malleus szli teraz przed siebie równym, miarowym krokiem, niczym anioł zagłady i zemsty. Ostrza ich wrogów pękały, ich kości gruchotano, ich zbroje miażdżono, przebijano i przecinano, ich krew rozlewała się coraz obfitszą strugą. Nie było sposobu, aby stalą powstrzymać tych, którzy władali potęgą czerpaną z nieznanych trollom źródeł. Choć wojownicy nie uciekali i walczyli dzielnie, ich szyki brutalnie złamano, a walczących bezładnie wybito do nogi w upartym pochodzie ku tym, którzy posługiwali się mocami Cienia, zadając najdotkliwszy ból i szkody.

Kapłani byli zbyt zdumieni tym, co rozgrywa się przed ich oczami, by zareagować na czas. Paladyni złamali całkowicie opór wroga i runęli na nich. Kilku próbowało umknąć, lecz dopadły ich miotane przez synów Valeriusa świetliste strumienie energii. Eksplodowały ze straszliwym hukiem i blaskiem przy zetknięciu z ciałami, których rozerwane fragmenty zwiększyły jeszcze i tak już nieopisany chaos.

Potem zapadła cisza. Pozorna cisza spowodowana kontrastem między hałasem bitewnym, a jego gwałtownym zamilknięciem. Wciąż bowiem słychać było jęki umierających, których bracia Malleus szybko i litościwie uwolnili od brzemienia bólu i życia. Słychać było również ciężkie oddechy paladynów, którzy upewnili się, że w widocznej części korytarza nie czają się nowi wrogowie, a potem przycupnęli czujni przy obu ścianach. Zdjęli hełmy, otarli pot z twarzy i czół, a ich dłonie rozbłysnęły światłem, gdy leczyli drobniejsze rany, których do tej pory nie dostrzegli. Przejrzeli również dokładnie broń i zbroje. Wyglądało na to, że potyczkę przetrwali właściwie bez szwanku. Echa zaleczonego bólu wciąż pulsowały w ich ciałach, które nigdy nie przyzwyczaiły się do szybkości, z jaką goją się zadawane w boju uszkodzenia tkanek.

- Myślicie, że to wszyscy? – wydyszał Celeres, który wstał już i wykonywał kilka świszczących, próbnych wymachów swym dwuręcznym mieczem, lśniącym od zaklęć i nasyconych mocą runów.

Pozostali pokręcili przecząco głowami, jak jeden mąż. Mina Celeresa zresztą również wskazywała na to, iż pytanie miało wyłącznie retoryczny charakter.

- Wszyscy być może w tym rejonie świątyni. – Delenitor również wstał, rozciągając obolałe mięśnie. – Wkrótce nadejdą następni, jeśli my nie podążymy ku nim pierwsi.

- Zmówmy zatem modlitwy, zbierzmy siły. Niech Światło nasyci nasze dusze, niech płynie naszymi arteriami. Niech leczy swe sługi, niesie zgubę swym wrogom – Nicolaus ukląkł pierwszy i zamknął oczy w skupieniu. Wkrótce pozostali uklękli obok i naprzeciw niego. W mrocznej świątyni Atal’Hakkara po raz pierwszy od chwili, gdy zbudowano ją tysiące lat temu, rozbrzmiały słowa Litanii Światła.

………………….

Prorok Jammal’an nie znosił nieposłuszeństwa i słabości. W jego wyschniętym sercu nie było miejsca na litość, a w jego umyśle nie pozostało już nic poza palącym pragnieniem, które odbierało mu rozum. Jego Pan przemawiał do niego bezustannie, a każde słowo zadawało nieopisany ból, który był zarazem rozkoszą. Stał na podwyższeniu przed ustawionymi poniżej w rzędach ławkami zapełnionymi trollami. Obok niego, przykulony, nachylał mu się do ucha wysoki troll. On również szeptał.

- Przybyli, panie. Przybyli.

Jammal’an spojrzał na niego, w jego martwych oczach odbijały się płomienie pochodni oświetlających salę modłów.

- Jesteście pewni?

- Bardziej niż kiedykolwiek. Zaledwie kilku, lecz nie umiemy ich powstrzymać. Niszczą wszystko, co stawiamy im na drodze. Władają potężną magią… magią Światła…

Jamal’an zmarszczył brwi.

- Tak zapowiedziano. A więc powiodło się nam. Nasi bracia wykonali to, co im zlecono. Jeśli przeleją tu naszą krew i zdołają pokonać bękarty Śniącej, wydostaną esencję pana naszego. Przechytrzymy smocze plemię. Nasz bóg władać będzie światem, a my staniemy u jego boku i pożywimy się krwią z jego stołu. Jeśli…

Nagle prorok uniósł dłoń, przerywając sam sobie. Przymknął oczy, jakby w coś się wsłuchiwał.

- Zabili Pięciu… - powiedział cicho, tak cicho, że jego asystent wyczytał to właściwie z ruchu jego ust. – Tarcza upadła…

- Proroctwo się spełnia, panie. Proroctwo…

Jammal’an machnął niecierpliwie ręką.

- Powstańcie Atal’ai – krzyknął wielkim głosem, który pomknął ku najdalszym zakątkom świątyni – Powstańcie! Tarcza upadła!!!

……………………..

- Słyszeliście to? – Nicolaus przystanął nagle – Słyszeliście ten krzyk?

Pozostali przytaknęli jedynie bez słów. Nie mieli siły, by odpowiedzieć. Wspinali się mozolnie po schodach, ich oczy lśniły złotem zza wizjerów hełmów, znaczonych kropelkami zakrzepłej krwi.

- Czekają na nas – odezwał się wreszcie Celeres, ciężko łapiąc oddech. – Są gotowi.

„Powinni być” – pomyślał Gravis bez cienia emocji – „Śmierć ku nim zmierza”.

……………………..

Jammal’an przemawiał. Jego oczy błyszczały, był w swoim żywiole. Mówił do swych dzieci, do tych, którzy służyli mu najwierniej, zawsze gotowi ponieść najwyższą ofiarę dla niego i dla ich mrocznego pana. Chłonął z przemożnym głodem owe spojrzenia pełne oddania i uwielbienia, pełne nadziei i podziwu dla jego wielkości. Byli mu wierni, całkowicie i bez wahania, wierni aż po kres, aż po ostatnie tchnienie i kroplę krwi.

- Tarcza upadła! – rzekł wielkim głosem – Czyż nie o tym mówi proroctwo?! Oto nadchodzą dni ostatnie, bracia! Ci, którzy niosą światłość, zasieją mrok! Czyż nie takie są słowa proroctwa?! Jeśli za naszego życia dane nam będzie zakosztować spełnienia przepowiedni, czyż moglibyśmy wyobrazić sobie większe szczęście i większy zaszczyt?!

Przez tłum przebiegł szmer, szmer ekstazy.

- Bracia! Słudzy pana naszego! Jeśli znaki są prawdziwe, dopełnimy dziś przeznaczenia, które ukazało się naszym przodkom. Dawni Atal’ai patrzą na nas z dumą, bracia! Naszym losem jest śmierć! Tak, jeśli ci, którzy nadchodzą są tymi, o których mówi proroctwo, staniemy z nimi do bitwy i nasza krew zostanie tu przelana. Zgładzą nas co do jednego. Walczcie jednak bez litości, albowiem jeśli zdołamy ich powstrzymać, nie mają w sobie dość mocy, by pokonać smocze bękarty strzegące Komnaty Przywołań! Jedynie na naszych kościach dopełnić się może proroctwo, dla którego zbudowano tę świątynię, kamień po kamieniu! Walczcie do ostatniego uderzenia serca, umierajcie z uśmiechem na ustach, albowiem śmierć nasza nie będzie końcem, lecz początkiem. Głupcy zaniosą światu ciemność, a z ciemności na powrót powstaniemy! Hakkar! Hakkar!

W Sali zakotłowało się. Trolle wydobyły broń i zawyły wściekle.

- Krew dla Hakkara!! Rzeź dla Hakkara!

……………….

- Dragonkiny – wyszeptał Delenitor, wychylając ostrożnie się za załom korytarza na szczycie kręconych schodów, którymi zdawali się wspinać całe wieki. – Całe mrowie.

- Strzegą świątyni…. – mruknął Inquisitio, potrząsając w namyśle głową – Strzegą jej… przed kim…

- Pilnują, by nikt nie dostał się do środka – rzekł Nicolaus.

- Lub raczej, by nic nie wydostało się na zewnątrz – niespodziewanie nie zgodził się z bliźniakiem Celeres.

- Tak czy inaczej, nie zawrócimy, skoro doszliśmy aż tutaj – po ciężkiej, płytowej zbroi Gravisa spłynęła z sykiem złota obręcz pieczęci.

„Módlmy się tylko” – przemknęło mu niespodziewanie przez głowę, co napełniło go niepokojem – „By nasza obecność tutaj nie była wielkim błędem”.

Ruszyli spokojnym krokiem naprzeciw dragonkinom, które zdawały się równie spokojnie czekać na ich przybycie…

………………….

W Komnacie Przywołań czarna obecność poruszyła się. Płonący bezustannie od tysięcy lat ogień zamigotał niecierpliwie. Ten, który pożera dusze śmiertelnych, spoczywał zawieszony pomiędzy światami. Wściekłość i nienawiść buzowała w nim iście boskim pożarem. Był niewolnikiem tego miejsca od dawna, od chwili gdy Aspekt zwany Yserą przeniknął plany tych, którzy mu służyli i wysłał swe potomstwo, by zatopili jego Świątynię, uwięzili jego sługi i zwabili go na granicę światów, by nigdy nie mógł się z niej wydostać.

Jego dzień jednak nadszedł. Wiedział to, czuł to, czuł zbliżającą się wolność. Krzyknąłby triumfalnie, jego krzyk rozsadziłby przeklęte czaszki smoków, lecz przecież nie miał ust. Jeszcze ich nie miał…

……………………

Kwas palił straszliwym bólem, który zdawał się trwać nawet po tym, jak w swej niewyczerpanej łaskawości światło uleczyło ich rany. Zbroje Gravisa i Inquisitia były niemal doszczętnie zniszczone. Ich oddech wydobywał się z wielkim trudem z płuc i gardeł, albowiem kwas pozostawał w powietrzu i dusił, niczym lina szubieniczna. A jednak przebili się, nadal oddychali, nadal dzierżyli w dłoniach pobłogosławiony oręż, wciąż niepokonani. Niezliczone trupy dragonkinów leżały na kamiennej posadzce ogromnej komnaty, której zawieszone niebotycznie wysoko sklepienie spowijała ciemność. Gdy zadarło się głowę dość wysoko i wiedziało gdzie patrzeć, wysoko widać było migające, srebrne punkciki. Gwiazdy. W sklepieniu musiał być otwór, przez który dostrzegali fragment nocnego nieboskłonu. Nie mieli jednak czasu, by go podziwiać. Dopóki Światło było z nimi, dopóki ich ciała wciąż mogły pożytkować jego świętą moc, musieli iść naprzód. Pięść musiała uderzać.

Komnata była na tyle przestronna, że dwa zielone smoki, które napotkali na swej drodze, mogły swobodnie unosić się w powietrzu, uderzając ogromnymi skrzydłami z siłą huraganu. Strażnicy tego miejsca nie zamierzali przepuścić ich dalej, więc bracia Malleus zmierzyli się również i z nimi.

Cóż to była za bitwa! Skrzydła łomotały z ogłuszającym hukiem, z wielkich, najeżonych kłami długości ludzkiego przedramienia pysków buchały strumienie kwasu, który pożerał jednako metal, kamień i ciało. Pazury przecinały powietrze ze świstem, majestatyczne cielska zdawały się przemieszczać z niewiarygodną gracją, usiłując zmiażdżyć, rozszarpać, spalić tych, którzy ośmielili się rzucić wyzwanie potomkom pani Szmaragdowego Snu. Przenikliwa inteligencja rozświetlała oczy smoków, które zdawały się mówić: „Nie wiecie dokąd zmierzacie, głupcy! Nie wiecie komu służycie, śmiertelni słabeusze!”.

Jednak nawet ci straszni w gniewie potomkowie jednego z Aspektów, nie mogli powstrzymać nawały Światła i żelaza, jaką rozpętali w sercu mrocznej Świątyni synowie Valeriusa. Paladyni jak zawsze pogrążyli się w pozbawionym lęku i wahania bitewnym transie, z którego wytrącić mogła ich jedynie śmierć, albo zwycięstwo. Oślepiająca burza złota zalała komnatę blaskiem, tak, iż zdawało się, że dzień nadchodzi. Nigdy jeszcze w miejscu tym nie było tak wiele światła, jak owej nocy. Nigdy jeszcze nie toczono tu równie zaciętej walki. Blask wydostał się przez umieszczony w sklepieniu komnaty otwór i pomknął dalej, w nocne niebo. Daleko na południowym zachodzie, na Bagnach Smutku, orkowi strażnicy w osadzie Hordy zwanej Stonard otrząsnęli się z senności i pokrzykując do siebie w zdumieniu wskazywali na bijącą nad Sadzawką Łez łunę.

Światło zamieniło paladynów w bezlitosne narzędzia zniszczenia. Delenitor z przymkniętymi pod wizjerem czarnego hełmu oczami, zdawał się być jedynie malutką sylwetką w oku oślepiającego cyklonu. Stał bez ruchu, z uniesionymi w górę dłońmi i zroszonym potem czołem, otoczony prężącymi się wokół niego, grubymi wstęgami czystego blasku, które spływały na jego braci z ogłuszającym sykiem i dudnieniem. Krew nie zdążyła płynąć z ran, gdy te już się zasklepiały, ciosy, które zdolne byłyby bez trudu powalić byka kodo, zdawały się nie robić na nich żadnego wrażenia, kwas skwierczał i parował w zetknięciu z otaczającymi paladynów tarczami blasku, pazury bezsilnie krzesały iskry na tarczach, które zdawały się być dzierżone przez ramiona odlane z żelaza. Byli tutaj, razem, byli żywą modlitwą, hołdem składanym Światłu, ich życiu, ich jedynej wierze, ich nadziei, ich zbroi, ich zbawieniu.

Nic nie mogło ich pokonać owej nocy. Smoki, które legły u ich stóp. Wojownicy i kapłani Atal’ai, którzy wypełniali salę zdającą się być mrocznym kościołem, walczący wspaniale, z wściekłą determinacją, krwiożerczym fanatyzmem, zwierzęcą witalnością, zdradziecką przebiegłością, lecz przecież oni także kładli się przed nimi pokotem, aż komnata spłynęła krwią, a zabijanie stało się niemal nieodróżnialne od oddychania. Ich prorok i przywódca, który wspólnie ze swym pomocnikiem przywołał straszliwe zaklęcia cienia, lecz którego głowa potoczyła się w końcu w fontannie posoki ku czarnej ścianie. Stąpali po ciałach, nie z braku szacunku dla śmierci, lecz z braku wolnego miejsca. Rękojeści ich broni i podeszwy ich ciężkich butów śliskie były od krwi.

Nic i nikt nie mogło ich zatrzymać owej nocy. Upiorni słudzy mrocznego boga, którego esencję przyrzekli wydostać z tego przeklętego miejsca, zdawali się wydostawać z Otchłani bez końca, lecz przecież oni również krwawili, a ich krew spływała na migoczące w szaleńczym tańcu płomienie lodowatego ognia, płomienie nie z tego świata. Paladyni zabijali. Zapamiętali się w tej bitwie, z ufnością złożyli swój los w ręce mocy, której służyli. Nie była to noc ich śmierci.

Wreszcie płomienie zgasły, czarna obecność zamigotała i stoczyła swą walkę z pięcioma braćmi, wiedząc doskonale, iż nie sposób pokonać ich owej nocy, lecz mimo to pewna zwycięstwa.

………………….

Pierwsze promienie słońca przemknęły nad ciemnymi wodami Zakazanego Morza, pomknęły przez pagórki bagien i liznęły Sadzawkę Smutku, gdy pięciu paladynów wyłoniło się, mrużąc oczy, z czeluści zatopionej świątyni. Ich zbroje były w ruinie, ich ciała były wycieńczone, ich broń niezdatna do użytku. Nie mieli siły odezwać się nawet słowem, marząc jedynie o śnie i odpoczynku.

W sakwie Nicolausa spoczywało ciemne, lśniące mrokiem jajo. Było pełne.

Źródło podstawowe: Hakkar.doc. Wydanie robocze: uporządkowany tekst źródłowy i wstępna korekta. Nie dopisano scen ani zakończenia.