„Przedwczoraj znowu straciliśmy trzech ludzi. Trzech dobrych ludzi w zasadzce na południe od jeziora Blackwood. Zanim nasza kawaleria rozniosła ghule na mieczach, ciała naszych zwiadowców były tak poszarpane, że nawet kapłani nie byli w stanie skłonić ich umęczonych dusz do powrotu.
Aktywność oddziałów Plagi wyraźnie zwiększyła się, odkąd Nekropolie zawisły nad Azeroth. Nasze straty rosną. Wciąż jednak wydaje się, że Kel’thuzad, niech będzie przeklęte jego imię, na coś oczekuje. Być może jego plugawy władca w Northrendzie toczy własną wojnę… któż może znać zamiary równie nikczemnych istot?
Posiłki przybywają, to prawda. Każdy stracony miecz mogę zastąpić trzema innymi, lecz przecież ramiona, które nimi władają, zastąpić o niebo trudniej. Nie ufam odwadze i zdecydowaniu większości tych, którzy przybywają. Nie winię ich jednak.
Jakże mógłbym ich winić?
Wiele jest w tym miejscu rzeczy, do jakich na pierwszy rzut oka nie sposób przywyknąć, pozostając przy zdrowych zmysłach. Puste, sine niebo, którego nigdy nie przecina lot ptaka, ni blask słońca. Ponure towarzystwo tych, którzy potracili bliskich, których jedynym sensem istnienia jest krwawa zemsta… niech Światło wybaczy mi te słowa, lecz wydają mi się oni czasem równie martwi, jak pomioty Plagi. Wycie wichru, który nigdy nie milknie, śpiewając niekończącą się pieśń szaleństwa i smutku. Noce pełne grozy i koszmarów, gdy nieumarli podchodzą niemal pod same mury kaplicy, a z płytkiego snu wyrywają człowieka nawoływania straży i szczęk mieczy. To miejsce jest przeklęte, zatruwa nasze serca i dusze dzień po dniu, chwila po chwili.
Wielu twierdzi jednak, że najgorszy ze wszystkiego jest smród. Mdlący swąd, przed którym nie ma ucieczki, który przenika tu wszystko – szaty, zbroje, oddechy, ciała. Smród sączący się z zatrutych kotłów Plagi, smród niezliczonych rozkładających się ciał, które odpadają od kości, smród zgnilizny, słodkawy zapach pieczonego mięsa napływający nieustannie znad Stratholme’u i ze stosów pogrzebowych. Ciała poległych musimy tu palić, gdyż zakazano ich grzebania w ziemi, w której nie zaznałyby spokoju. Wszystko tu gnije, umiera, rozkłada się. A potem powstaje w okrutnej namiastce życia. Do tego nie sposób się przyzwyczaić…
Na pierwszy rzut oka.”
Książę Zverenhoff odrywa pióro od zwoju pergaminu i prostuje plecy z westchnieniem. Siedzi przez chwilę w milczeniu. Na jego przystojnej, choć pomarszczonej od trosk i pobrużdżonej bliznami twarzy rozgrywa się spektakl światła i cienia. Lampka olejna nie daje dużo światła. Jego granatowe oczy błyszczą, gdy spoczywa tak, wpatrzony w pustkę. Usta zdają się szeptać coś bezgłośnie. Wreszcie pochyla się nad zwojem i ponownie zaczyna pisać.
„W rzeczywistości jednak z czasem to wszystko staje się naszym chlebem powszednim. Ci z nas, którzy przetrwali, dowiadują się, iż nie ma takiej rzeczy, do której nie sposób się przyzwyczaić. Wszystko staje się rzeczą zwyczajną. Strach, czarna, straszna pustka w sercach pozostawiona przez tych, których kochaliśmy, widok śmierci, dotyk śmierci, zapach śmierci…”
Książę ponownie unosi głowę znad pergaminu. Sięga ku prostemu glinianemu kubkowi i pociąga kilka łyków chłodnej wody, a potem wraca do pisania.
„Woda. Woda pochodzi z klasztornej studni. Chroniona rytuałami światła pozostaje czysta i orzeźwiająca nawet tutaj, pośród klątw Plagi. Gorzej jest z pożywieniem. Na ziemi Plagi niczego nie sposób wyhodować, chociaż przybyły niedawno z odległej krainy, zwanej Mulgore, taureński druid twierdzi, że ziemia wciąż nie obumarła i pewnego dnia, o ile zwyciężymy w tej wojnie, będzie można ją odzyskać. Jako że zwycięstwo jest jedynie niewyraźnym mirażem, cały prowiant trafia do nas na grzbietach gryfów. Niewiele świeżych potraw. Solone lub wędzone mięso. Suchary. Rzadko warzywa. Nie głodujemy jednak… Od czasu gdy na niebie Azeroth pojawiły się nekropolie Lisza, a nieumarli wdarli się do miast wszystkich ras Przymierza i Hordy, Srebrzysty Świt nie może narzekać na brak chętnych do służby. Wielkie rody i dowództwa armii nie lekceważą nas już tak otwarcie, jak przedtem. Wielu rekrutów musimy jednak odrzucić. Wielu innych ginie szybko. Wielu nie wytrzymuje służby. Zakon polegać może jedynie na weteranach, najtwardszych z twardych. Orkowie walczą tu obok ludzi. Jedną z rzeczy, których człowiek uczy się w Krainach Plagi jest świadomość, że nie wszyscy zielonoskórzy to krwiożercze bestie i wrogowie rodzaju ludzkiego. Mamy wśród nas nawet nieumarłych, szlachetnych wojowników, którzy dobrowolnie pogrążyli się w nieśmierci, by pomóc nam zrozumieć naturę naszego wroga. O podobnych szczegółach nie informujemy jednak zbyt szeroko – ci, którzy nie zaznali życia na ziemiach Plagi nie zrozumieliby co się tu dzieje, z czym mamy tu do czynienia, do jakich sposobów musimy się uciekać, by przetrwać…”
Zverenhoff zamyśla się przez chwilę, pióro zawisa nad pergaminem, by po chwili ponownie podjąć swą szeleszczącą wędrówkę.
„Wieści, jakie napływają do nas ze świata nie są pocieszające. W zachodnim Kalimdorze toczy się wojna, która wiąże znaczne siły Przymierza i Hordy. Twierdza Nethergarde raportuje wzrost demonicznej aktywności wokół Portalu. Dawne, niewygasłe napięcia wszędzie są silne – nawet tu, w Krainach Plagi toczą się szarpane boje o wieże obserwacyjne, jakbyśmy nie dość mieli problemów ze wspólnym wrogiem. Czasem czuję się, jakbym pływał w smole, zagubiony i pusty w środku. Każdy dzień podobny do poprzedniego, mozolny i jakże odległy od młodzieńczych wyobrażeń o rycerzach w lśniących zbrojach stających mężnie do walki z siłami Ciemności. Tu jest jedynie ból, strach, tęsknota, żal, krew, kał i parujące wnętrzności, smród, wewnętrzne niesnaski, jątrzące się rany i choroby. Dzień po dniu umieramy tutaj, w przeklętych krainach, które były niegdyś ojczyzną tak wielu z nas. Nasze serca wciąż biją, lecz przecież umieramy wewnątrz, śmiercią równie nieodwracalną jak ta ostateczna. Wszystko staje się odległe, nawet pamięć o utraconych bliskich. Mijamy się jak we mgle. Ktoś przecież jednak musi to robić. Ktoś musi sprawować tu straż. Dla mnie, dla nas nie ma już nadziei i ratunku, zginiemy tu wszyscy co do jednego, a nasza krew wsiąknie w błotnistą ziemię. Jedyne co nam pozostaje to wiara w to, że choć nie uratujemy siebie, wolne ludy Azeroth odniosą korzyść z naszej śmierci…”
Łomot stóp na schodach przerywa tok myśli księcia. Czarna zasłona odsuwa się i w otworze ukazuje się głowa młodego, rozczochranego i zdyszanego mężczyzny.
- Panie! Przybyli paladyni na gryfach! Pięciu! Chcą z tobą rozmawiać, jeśli łaska! – jego głos jest rozgorączkowany i pełen ekscytacji.
Zverenhoff patrzy przez chwilę nie rozumiejącym wzrokiem, unosi brwi, a potem kiwa potakująco głową.
- Dobrze. Powiedz gościom, że rozmówię się z nimi w kaplicy, za ćwierć klepsydry.
- Tak, panie! – odkrzykuje z entuzjazmem giermek i biegnie z powrotem.
Książę odkłada starannie przybory do pisania.
- Paladyni – mruczy zjadliwie – W lśniących zbrojach.
………………..
Przybyli. Ich zbroje nie lśnią. Są poobijane i wysłużone, przykrywają je zakurzone czarne tabardy z z wizerunkiem złotych błyskawic. Lśnią za to ich oczy i broń, pulsująca zimnym światłem. Giermek Zverenhoffa jest zachwycony.
Nawet gryfy, stworzenia ze stoickim spokojem znoszące wszelkie niedogodności, były tu niespokojne. Rzucały na boki wielkimi łbami, a z ich gardeł dobywały się jękliwe skrzeczenia. Przygnębienie i śmierć. Czuło się je w tutejszym powietrzu, jakby z każdym oddechem do płuc i serca trafiała wciąż nowa dawka zabijającej dusze trucizny. Szara, pozbawiona życia ziemia, sine niebo, zdające się nad nią zwieszać jak złowrogi całun. Jak okiem sięgnąć rozciągały się tu ponure dowody na potęgę śmierci i sprawowaną nad tym miejscem władzę rozkładu. Tak dziwnie się tu czuli. Znali to miejsce, znali te ziemie, lecz przecież były im one obce. Wydawało się, ze ktoś nałożył na ich oczy dziwna zasłonę, że dwa widoki przenikają się wzajemnie. Przeszłość utrwalona w ich pamięci. To co obecne, wypalone w ich oczach. Dwa widoki.
Przygnębienie i śmierć.
Przybyli tu, gdyż troll ich okłamał. Prospektor Ironboot, którego spotkali w Tanaris wyruszył do Ironforge gdy oni walczyli w zatopionej Świątyni na Bagnach Smutku. Przetrząsnął zakurzone archiwa, do których wcześniej nie zaglądał i odkrył coś, co go zdumiało i przeraziło. Dwie tablice z proroctwem, które odnaleźli w Tanaris mówiły o sposobie schwytania esencji Hakkara, jednak był to jedynie fragment układanki. W głębinach biblioteki Ligi Ironboot natrafił na tekst tak starożytny, że zwój, na którym go zapisano rozsypał się w kilka chwil po uwolnieniu go z zaśniedziałej tuby. Tekst w języku trollów, zapisany na kruchej skórze mówił, iż w rzeczywistości istniało nie dwie, lecz aż sześć tablic Mosh’aru. W czasach, gdy imperia Amani i Gurubashi chyliły się ku upadkowi, dwie z nich przewieziono na północ, do krainy, która później stała się królestwem Lordaeronu, a po wojnie siedzibą Plagi Nieumarłych. Trolle plemienia Mossflayer, kryjące się w ruinach wspaniałych niegdyś budowli wzniesionych przez ich potężnych przodków, z pewnością nie zdawały sobie sprawy, jak złowrogą wiedzę zawierają kamienne tablice, które przepłynęły morze czasu, oczekując na właściwą chwilę. Czekały cierpliwie w miejscu, które niegdyś zwano świątynią Mazar’Alor…
…………….
Kaplica wydawała się większa, niż ją zapamiętali. Zniszczona, lecz wciąż mocna, wyniośle górująca nad otoczeniem, skromna, lecz przestronna i solidna, świadectwo szczerej wiary i miłości Światła.
Miejsce było bardziej ruchliwe i tłoczne, niż mogli podejrzewać. Z wyjątkiem bastionu Szkarłatnej Krucjaty w Tyr’Hand, był to najdalej wysunięty na wschód punkt skierowanego przeciwko Pladze oporu.
Delenitor, który wraz z pozostałą czwórką właśnie wypakowywał ciężkie juki z grzbietu gryfa, omiótł otoczenie skupionym spojrzeniem. “Uparte życie, otoczone morzem cierpliwej śmierci” - przeleciało mu przez głowę. “Obmywani zimnymi falami, wchłaniamy w siebie jej martwą wilgoć. Przypływ za przypływem. Bez wytchnienia”.
Rzeczywiście, niemal wszyscy sprawiali tu wrażenie wycieńczonych i powolnych, choć czujnych i rozdrażnionych zarazem. Z wyjątkiem nielicznych karawan, całe zaopatrzenie konieczne do utrzymania owej enklawy trafiało tu drogą powietrzna. Lądowało wiele gryfów i paladyni musieli szybko zwolnić miejsce kolejnym towarom i tragarzom. Liczni zbrojni, konni i pieszy patrolowali to miejsce. Ich zbroje nosiły ślady walk. Byli to w większości bladzi mężczyźni o wychudzonych i pełnych determinacji obliczach. Czarne tabardy ze srebrnym słońcem były tu najliczniejsze, gdyż rządy nad tym miejscem sprawował Srebrzysty Świt. Ludzie, krasnoludy i orkowie krzątali się ramię w ramię. W tym szczególnym miejscu i pod owym szczególnym symbolem przekraczano rasowe uprzedzenia, historyczne zatargi oraz spory Przymierza z Hordą. “Potężny wspólny wróg zawsze jednoczy łatwiej, niż najpotężniejsza idea” - jak cynicznie zauważył Gravis, gdy gotowali się w Stormwind do podróży. Obecność i groza Plagi była wrogiem, kowadłem, które pozwoliło wykuć jednocząca ideę Srebrzystego Świtu.
Po bokach kaplicy rozbito liczne namioty. Z umieszczonej pod otwartym niebem kuźni dochodził przenikliwy brzęk młota. Giermkowie, rycerze, słudzy, szlachta, odważni kupcy i przewoźnicy, zbrojni zakonnicy różnych zakonów i ras, ta ludzka i nieludzka ciżba deptała jałową ziemię, zamieniając ją w czarne, cuchnące błoto. Każdemu krokowi towarzyszyło mokre cmoknięcie. Zbutwiałe deski ułożone gdzieniegdzie miały ułatwiać przejście, lecz i one zapadły się w grząskim gruncie. W okolicy nie było zdrowych drzew, które można by ściąć, a sprowadzanie drewna było bardzo kosztowne.
Paladyni objuczeni ciężkimi pakunkami minęli szereg namiotów, witani obojętnymi spojrzeniami. Giermek księcia polecił im zaczekać przed wejściem. Obok kaplicy stał ogromny tauren, który dyskutował gorączkowo z dystyngowaną, piękną nocną elfką. Przed ciężką bramą kaplicy stała grupka zbrojnych mężczyzn. Kilku z nich nosiło szkarłatne płaszcze. Kiedy bracia Malleus zrozumieli, z kim maja do czynienia, było juz za późno, aby się oddalić. W oczach jednego z knechtów zobaczyli błysk zrozumienia i wrogości, a potem usłyszeli szmer i poruszenie wśród pozostałych. Dostrzeżono błyskawice, które nosili na piersiach.
Na opancerzonym barku Gravisa, który odwrócił się ku swym braciom, składając na ziemi dźwiganą torbę, spoczęła ciężka dłoń w skórzanej, ćwiekowanej rękawicy. Paladyn powoli obrócił się wokół swojej osi. Naprzeciwko niego stał wysoki, uzbrojony mężczyzna w szkarłatnych barwach Krucjaty. Jego oblicze pokrywał kilkudniowy zarost i blizny po przebytej jakiś czas temu chorobie. W głęboko osadzonych, ciemnych oczach Gravis ujrzał śmiertelnie niebezpieczną mieszaninę wściekłości, smutku i strachu.
- Nosisz heretyckie barwy - wycedził przez zęby Krzyżowiec. Sądząc po rynsztunku i uzbrojeniu nie był szlachcicem i nie pełnił oficerskich funkcji w zakonie. “Marionetka wysłana, by nas sprowokować, pionek, którego można poświęcić” - pomyślał paladyn.
- Zdejmiesz je sam, lub je z ciebie zerwę. A potem poprosisz szlachetnego brata Eerola o łaskę – głos mężczyzny był chrapliwy i niski.
Gravis spojrzał mu prosto w oczy. Twarz paladyna zdawała się być odlana w twardym wosku. Nie drgnął ani jeden mięsień.
- Jeśli nie zabierzesz dłoni z mego ramienia, za chwilę będziesz krwawił.
Paladyn widział, jak strach walczy w tamtym z dumą i wściekłością. Miał nadzieję, że rozsądek zwycięży.
Nicolaus i Celeres stanęli w złowrogiej ciszy po prawej stronie Gravisa. Ich potężne, opancerzone sylwetki rzucały bardzo niewyraźne, długie cienie na błotnistą ziemię. Stali bez ruchu i bez słowa. Delenitor trzymał się z tyłu, bacznie obserwując otoczenie. Inquisitio nadchodził właśnie, obciążony pakunkiem, który przyleciał wraz z nimi ze Stormwind. Jednym spojrzeniem ocenił sytuację, ostrożnie postawił torbę na ziemi i podszedł od lewej strony, kładąc delikatnie, lecz wymownie, dłoń na rękojeści zawieszonego u pasa miecza.
Krzyżowiec nie zdołał wytrzymać spojrzenia Gravisa. Zdjął dłoń z jego ramienia. Opuścił głowę i splunął mu pod nogi, a potem błyskawicznie cofnął się półtora kroku i dobył miecza oszczędnym ruchem, równie pozbawionym elegancji, co znamionującym biegłego szermierza.
Paladyni nie poruszyli się. Wokół zapadła cisza. Od strony kaplicy zbliżało się kilku rosłych krzyżowców, w tym jeden znaczniejszy, sądząc po drogocennej zbroi płytowej i atłasie szkarłatnego płaszcza. U pasa po lewej stronie kołysał mu się libram w czarnej oprawie inkrustowanej srebrem. Po prawej zaś wisiał młot bojowy.
- Nie powinieneś pochopnie wyciągać broni - powiedział Gravis tonem zimnym, niczym wiatr w Dun Morogh.
- Wy zaś, heretycka zbieranino, nie powinniście się tu zjawiać, plując nam w twarze waszymi plugawymi barwami - rzekł mężczyzna w atłasowym płaszczu, który stanął obok swego podwładnego, dokładnie naprzeciwko Inquisitia. Jego głos był niski i spokojny - Czerń i złoto. Mordercy niewinnych i czciciele demonów!
Teraz wszyscy już wiedzą, przeczuwają, że krew zabarwi za chwilę błoto. Jest to swoisty rodzaj przedłużającej się nieznośnie chwili, znanej doskonale wszystkim ludziom oręża. Mężczyzna z dobytym mieczem cofa się jeszcze odrobinę i tnie, ostrze przecina ze świstem powietrze. Nity zbroi Gravisa w jednej chwili rozbłyskują zimnym światłem, on sam zaś wykonuje krok, który zdaje się przynależeć do dziwnego tańca. Wszystko dzieje się w ułamku sekundy. Lewa dłoń w pancernej rękawicy przechwytuje ostrze i odgina je gwałtownie w bok, prawa zaś uderza z głuchym odgłosem wybijanych zębów i pękającej kości w twarz krzyżowca, który pada bez czucia w szare błoto.
Dźwięczy broń dobywana z pochew. Oczy stojącego naprzeciwko Inquisitia paladyna krucjaty rozbłyskują zlotem, a po jego zbroi prześlizguje się świetlista pręga pieczęci. Pięciu paladynów zbija się w szyku bojowym. Pieczęcie Światła syczą także na ich pancerzach.
- Mordercze psy! - ryczy paladyn krucjaty - Zapłacicie za Szkarłatny Klasztor, tu i teraz!
Z tyłu, z namiotów nadbiegają w pośpiechu kolejni mężczyźni w szkarłacie. Wszyscy dzierżą obnażone ostrza.
- Słudzy Światła nie stają naprzeciw siebie w polu - mówi Gravis tym samym stalowym i spokojnym tonem, jakby nie dzieliły ich wszystkich zaledwie chwile od nieubłaganej rzezi.
- „Tym, którzy paktują z Cieniem, żyć nie dozwolisz…” - odwarkuje paladyn krucjaty, a w jego oczach gorzeje zloty pożar.
W gęstniejąca ciżbę krzyżowców wbija się ciało wielkiego, krępego bojowego barana. Jeździec jest barczystym, zbrojnym krasnoludem w zbroi płytowej i barwach Świtu. Za nim nadjeżdża dwóch kolejnych jeźdźców, a także grupa spieszonych zbrojnych, wszyscy w takich samych tabardach.
- Korzystacie wszyscy z gościnności Srebrzystego Świtu! - krzyczy krasnolud głosem donośnym, pewnym siebie i nie znoszącym sprzeciwu. - To ziemia uświęcona krwią męczenników! Złóżcie natychmiast broń i rozejdźcie się, a Świt spojrzy łaskawie na waszą przewinę!
Wśród krzyżowców rozlega się szmerek niepewności. Na ich twarzach widać rozbudzone pragnienie krwi i obawę przed konsekwencjami dania upustu owej żądzy. Wystarczy teraz jedno słowo lub gest, by szala przechyliła się na którąś ze stron.
Paladyn Krucjaty patrzy pogardliwie na krasnoluda i nie chowa bynajmniej młota.
- Użyjesz przeciwko nam swych plugawych orkowych przyjaciół? - mówi tonem ociekającym dławiącą pogardą. - Ubraliście te krwiożercze, nieczyste bestie w wasze tabardy i sprzymierzyliście się z nimi. Pluję na wasze porządki!
Brodatą twarz Krasnoluda wykrzywia grymas wściekłości. Chwyta za ciężki, okuty srebrem róg, który nosi u pasa i w tym momencie dwóch krzyżowców rzuca się ku niemu, próbując ściągnąć z barana, który staje dęba i beczy ogłuszająco. Wydaje się, ze nic już nie przeszkodzi krwawej łaźni. Bracia Malleus zbici w swoim szyku obserwują otoczenie uważnie, oczami błyszczącymi spod wizur hełmów.
…………
Wnętrze kaplicy wyglądało znacznie przestronniej, niż można by się spodziewać, patrząc na jej sylwetkę. Stary budynek nosił ślady licznych napraw i przeróbek. Całość sprawiała osobliwe wrażenie – niczym wiekowe, ciemne drzewo, które otaczało się przez lata pancerzem słojów, próbując uniknąć jakiegoś ponurego przeznaczenia. Brak okien i ogólna solidność wzmocnień wyraźnie sugerowały, iż miejsce to jest obecnie bardziej fortecą, niż miejscem kultu. Tak było w istocie.
Przy wrotach stało dwóch ludzkich nieruchomych gwardzistów w barwach Srebrzystego Świtu. Pod ścianami ciche rozmowy toczyli ludzie w zbrojach i szatach, w szkarłacie i czerni. Na środku natomiast ustawiono duży, prosty drewniany stół, za którym zasiadły cztery osoby. Przepych ich szat i pancerzy mocno kontrastował z ascetycznym wnętrzem i świadczył aż nadto wyraźnie, iż ma tu miejsce spotkanie wielkiej wagi.
Plecami do drzwi kaplicy siedziała długowłosa brunetka o ostrych, lecz regularnych rysach, mocnej szczęce i ciemnych oczach. Na ciężkiej, zbroi pokrytej symbolami inkwizytorskimi Świętego Światła nosiła szkarłatny tabard Krucjaty. Spokój jej spojrzenia i stanowczość głosu znamionowały kogoś przyzwyczajonego do sprawowania władzy.
- Plaga rozlewa się niczym czarne morze, komendancie. Tutaj i w całym Azeroth. Wiesz, podobnie jak ja, co to oznacza. Horda ma pretekst, by ruszyć do boju… orkowie, trolle, ludzie-byki…
- Taureni – przerwał jej siedzący naprzeciwko mężczyzna. Komendant Eligor Dawnbringer miał niemal 50 lat, lecz wyglądał znacznie młodziej, ze swymi jasnymi włosami opadającymi na ramiona i przystojnym obliczem o regularnych rysach. Nosił drogocenną zbroję podobną do swej rozmówczyni. Jego tabard zdobiły czerń i srebro Świtu, choć komendant dowodził frakcją zakonu, zwaną Bractwem Światła, o której powiadano, iż jest ona nieprzejednana w walce niczym Szkarłatna Krucjata, lecz pozbawiona jej głupoty, ślepego fanatyzmu i braku przywództwa.
Kobieta w paladyńskiej zbroi machnęła niecierpliwie dłonią. Jej twarz wykrzywił grymas pogardy i obrzydzenia.
- Wszystko jedno! Cała Horda to obrzydliwe, niechlujne plugastwo…
Dawnbringer pochylił się nieco do przodu. Był wyraźnie rozdrażniony.
- Brakuje ci taktu, lady Marjham. Nie mogę powiedzieć, aby mnie to dziwiło. Masz jednak rację, że Horda będzie zmuszona działać. I nie tylko Horda. Wystarczy się rozejrzeć – oni już przybywają, wojownicy z najdalszych zakątków Azeroth.
- Zbyt niewielu i za późno. Tama została już przerwana. Nie jesteśmy niczym więcej, niż wybojem na drodze Plagi.
- A więc dlaczego tu przybyliście? Cóż nam czynić, skoro nie ma nadziei? – rozdrażnienie komendanta wydawało się narastać.
Marjham, jedna z najwyżej postawionych osobistości w Krucjacie, milczała przez chwilę. W jej oczach pojawił się dziwny błysk. Wreszcie, z wahaniem i bardzo cicho, przemówiła.
- Jest jeszcze… Niosący Popiół. Ashbringer.
Paladyn zerwał się na równe nogi z chrzęstem zbroi. W kaplicy urwały się rozmowy i zapadła absolutna, zdawałoby się, cisza. Cisza, zwiastująca burzę. Gdy się odezwał, jego głos drżał z gniewu.
- A więc po to tu przybyliście?! By zawładnąć czymś, co jest powodem istnienia Świtu i przyczyną upadku Krucjaty?! Zaprawdę, twoje słowa otwierają stare rany, moja pani! Ashbringer nie żyje i nie pojawi się nikt zdolny go zastąpić! Mograine Młodszy to jabłko, które upadło daleko od jabłoni. W niczym nie przypominał swego ojca. Doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. Przecież to twoje dowodzenie doprowadziło do śmierci Wielkiego Lorda Krucjaty Mograine’a. I to twój wpływ skłonił pogrążone w żałobie dziecko do próby odzyskania miecza. Dziecko, które wyrosło na mężczyznę, nie posiadającego w swym sercu niczego, poza pragnieniem zemsty i nienawiścią. I po co to wszystko?! Nie jesteście bliżej odzyskania miecza, niż byliście pięć lat temu.
Dawnbringer oparł potężne pięści o stół i pochylony wygłaszał swą tyradę tonem dźwięcznym i twardym jak stal, w którą był zakuty.
- Myślicie, że zdobycie Niosącego Popiół w jakiś sposób zmieni losy tej wojny?! Pozwól, że zdradzę ci pewien sekret, milady. Potęga Ashbringera pochodzi od tego, kto jest w stanie go dzierżyć…
Paladyn pochyla się jeszcze niżej, jakby rzeczywiście chciał dyskretnie przekazać jakiś sekret, choć wszyscy w wielkiej sali wsłuchują się w jego słowa. Słowa, które zdają się teraz płynąć z wielkiej oddali, z odległej przeszłości.
- Ja tam byłem… byłem świadkiem, Marjham… Widziałem, jak wypala świętym ogniem całe legiony nieumarłych, zanim jeszcze wyjął go z pochwy… Niestety, twoja znajomość historii jest boleśnie niewystarczająca…
Teraz w głosie Dawnbringera pojawia się groźba.
- Radzę ci nie poruszać więcej tego tematu, pani. Zdaj sobie sprawę, gdzie jesteś, albo poinformuję lorda Fordringa i jego rycerzy, że nie przebywacie tu już na przyjacielskich warunkach. Jestem pewien, że z wielką przyjemnością wziąłby na siebie zadanie dopilnowania twojej… pokuty.
To dziwne, lecz wydaje się, że cisza, jaka zapadła w kaplicy po tych słowach jest jeszcze głębsza i bardziej złowroga. Na twarzy lady Marjham pojawia się najpierw niedowierzanie, a potem oblewa ją rumieniec gniewu. Ludzie Krucjaty i Świtu spoglądają na siebie z mieszaniną wrogości, niepewności i obawy.
Wybuch, który zdaje się nadchodzić nieubłaganie, nie następuje, albowiem w tej samej chwili zza bramy dochodzą głos rogu i liczne, pełne gniewu krzyki. W jednej chwili spojrzenia wszystkich, zarówno Krzyżowców, jak i przedstawicieli Świtu, kierują się ku masywnym odrzwiom.
- Co się tam dzieje?! – krzyczy Dawnbringer, wybiegając zza stołu. – Grają na alarm! Wszyscy do broni! Otworzyć bramę!
W kaplicy eksploduje brzęk wyciąganych mieczy, młotów i toporów.
Strażnicy odblokowują ogromne rygle.
………………….
Kiedy gwardziści, nobilowie, dowódcy, magowie i pozostałe osoby obecne w kaplicy wysypują się na zewnątrz, ich oczom ukazuje się niezwykły widok.
Na szarym, rozmiękłym błocie i wbitych w niego deskach, udających stabilne i suche przejścia, zacieśniają się wokół siebie trzy ludzkie (i nie tylko) pierścienie. W środku, tworząc najeżony bronią krąg, stoi bez ruchu pięciu zakutych w stal paladynów. Ich zbroje aż lśnią od nagromadzonych i gotowych do użytku energii. Otacza ich bezładny tłumek kilkunastu zbrojnych ludzi w szkarłatnych barwach – ich broń również jest obnażona, ostrza w wiecznym półmroku Krain Plagi wydają się równie szare, jak ziemia pod ich stopami i wiszące nisko niebo. Część z nich zwrócona jest ku pięciu osaczonym zakonnikom, ale większość obróciła się na zewnątrz, gdzie formuje się coraz liczniejszy pierścień postaci, pieszych i konnych, w czarno-srebrnych tabardach Świtu. Są wśród nich orkowie oraz dwóch trolli uzbrojonych w długie włócznie. Jeszcze dalej, w bezpiecznym zasięgu, formuje się tłumek gapiów – knechci, nosiwody, giermkowie, słudzy, zbrojni nieprzynależni do żadnej z formacji, próbują ocenić sytuację.
Krasnolud w barwach Świtu podnosi się właśnie z ziemi, ściskając ciemny róg, którym najwyraźniej dał przed chwilą sygnał do broni. Jego baran beczy i drobi niecierpliwie kopytami, ktoś trzyma go za uzdę i próbuje uspokoić. Konni towarzysze krasnoluda odepchnęli Krzyżowców, ich pierścień w tym miejscu przerwał się i przemieszał niebezpiecznie z wojownikami Srebrzystego Świtu. Słychać krzyki i warknięcia gotowych do walki mężczyzn. Zapach strachu i nadchodzącej rzezi wisi tu aż nazbyt wyraźnie w powietrzu.
Rozgniewany Eligur Dawnbringer wydaje z siebie ryk, którzy z łatwością przebija się przez ogólną wrzawę.
- Co się tu dzieje, na Święte Światło?!! Broń do pochew!! Wszyscy!
Wahanie. Pat. Dziesiątki spojrzeń przecinają się nieufnie. Nikt nie chce być pierwszy.
Brunetka, która przed momentem została znieważona przez komendanta Bractwa Światła, bezpardonowo przepycha się przez rosłych mężczyzn. Jej zbroja, jej charyzma, jej reputacja i pozycja w hierarchii Krucjaty sprawiają, że tłumek rozstępuje się przed nią. Zatrzymuje się przed paladynem w atłasowym płaszczu.
- Co się tu dzieje, Eerold ?! Jakim prawem wyciągasz broń bez rozkazu na poświęconej ziemi?!
Mężczyzna zachowuje kamienny spokój. Wskazuje dłonią na otoczonych paladynów stojących nadal bez ruchu w obronnym szyku. Jego głos przeniknięty jest zimną nienawiścią.
- Spójrz na ich tabardy, milady! Te psy ważą się otwarcie nosić heretyckie barwy w obecności braci zakonnych! Te bastardy demonów pysznią się swymi zbrodniami i grożą naszym ludziom. Pobili do nieprzytomności Bertolda, który stracił w Klasztorze dwóch braci!
Dawnbringer roztrąca ludzi Świtu, Krzyżowców i zbliża się do wewnętrznego kręgu.
- Powiedziałem, broń do pochew! Wolicie szubienicę?!! Kata?!!
- Słyszeliście! – okrzyk lady Marjham jest niczym smagnięcie biczem.
Dopiero teraz rozkaz wydaje się nabierać znaczenia. Rozlega się wydłużony, metaliczny jęk, gdy zgromadzeni mężczyźni posłusznie, lecz z ociąganiem, chowają broń.
Paladyni nadal stoją bez ruchu.
- Wy również! – rzuca Dawnbringer. – Jesteście na świętej ziemi.
Inquisitio opuszcza nieco tarczę, jego oczy lśnią zza wąskiej wizury hełmu.
- Zaiste. Przyjęto nas tu jak na święte miejsce przystało – głos brzmi głucho i matowo.
Komendant podchodzi bliżej. On sam również schował już broń.
- Nic wam tu nie grozi, słudzy Światła. Macie moje słowo. Schowajcie oręż.
Bracia Malleus stoją nieruchomo. Wreszcie Gravis opuszcza tarczę i zawiesza swój jednoręczny młot na pętli u pasa. Pozostali idą w jego ślady.
- A teraz chcę usłyszeć co się tu stało – powiada Dawnbringer lodowatym tonem. – Z jakiegoż to powodu nasi goście otoczeni zostali przez innych naszych gości, przy czym jedni i drudzy dobyli oręża?
Wojownicy Świtu wycofują się na tyle, by Krzyżowcy mogli mieć więcej swobody. Widać jednak, iż nadal zachowują czujność. Z oddali słychać tętent kopyt – to zaalarmowany odgłosem rogu oddział konny Świtu nadjeżdża ku kaplicy. Zakonnicy w szkarłatnych barwach są tu w wyraźnej mniejszości. I coraz wyraźniej zdają sobie z tego sprawę.
Paladyn nazwany przez Marjham Eeroldem dumnie unosi głowę.
- Ci tutaj noszą barwy zakonu, który Krucjata ogłosiła heretyckim…
- Nasz zakon nie uznaje teologicznego autorytetu Krucjaty – odpowiedział natychmiast Gravis – Nie wam sądzić naszą doktrynę, albowiem sami przez wielu poczytywani jesteście za heretyków.
Przez tłum Krzyżowców przebiega szmerek wściekłości.
- Nie tylko doktrynę waszą sądzimy, ale czyny wasze – twarz Eerolda wykrzywił gniew – Czyż to nie zbiry w barwach tego waszego tak zwanego zakonu wymordowały braci naszych i siostry w Szkarłatnym Klasztorze? Jesteście zgrają morderców i apostatów, zaprawdę, sznur szubieniczny byłby dla was łaską!
- Podobni wam szaleńcy i fanatycy próbowali postawić nas wiele razy przed trybunałem Światła w Stormwind – odrzekł Inquisitio – Wiesz dobrze, że nigdy nie doszło do procesu, nie ma żadnych dowodów…
- Nie obchodzą mnie wasze zatargi, ni obrzucanie się oskarżeniami o herezję! – przecina spór Dawnbringer. – Respektujemy tu wyroki Wielkiej Katedry, nie waszych zakonów. Walczymy tu z plagą, nie mamy czasu na egzegezę teologicznych pism. Stoicie jednak na świętej ziemi i wyciągnęliście przeciwko sobie oręż. Chcę wiedzieć jak do tego doszło.
- Powiem ci, bracie – rzuca do niego Eerold . Słowo „bracie” wypowiada tak, jakby było ono najbardziej zjadliwą obelgą. – Obrazili moich ludzi, a gdy jeden z nich próbował zwrócić im uwagę, wyciągnęli broń i ciężko go poranili. Takie to bezpieczeństwo zapewnia Świt swym gościom!
- Jest was tu trzy tuziny, na Święte Światło! – Dawnbringer jest najwyraźniej wściekły. – Chcesz mi wmówić, panie, że ta piątka paladynów mogła wam zagrozić?
- Niczego takiego nie uczyniliśmy – mówi Gravis niezmiennie spokojnym tonem – Przybyliśmy tu w pokoju. To nas obrażono, gdy tylko ludzie Krucjaty dostrzegli nasze barwy. I choć nie szukaliśmy zwady, któż mógłby negować nasze święte prawo do obrony?
Dawnbringer patrzy w milczeniu na paladynów, przesuwa wzrok po ich twarzach. Potem odwraca się i krzyczy potężnym głosem.
- Świadkowie! Trzeba nam świadków! Czy ktoś prócz owych paladynów i sług Krucjaty widział, co tu zaszło?!
W odpowiedzi odzywa się głos, tak niski i donośny, że zebrani przed kaplicą ludzie niemal czują, jak rezonuje w ich kościach. Nie jest to głos człowieka i nie przemawia we wspólnej mowie. Głowy zebranych odwracają się w jego stronę.
Przez tłumek przeciskają się dwie postacie. Jedna jest wysoką, szczupłą i piękną nocną elfką. Jej długie włosy mają dziwną dla ludzkiego oka, zieloną barwę. Nosi elegancką suknię, która podkreśla jej doskonałą figurę. Ludzie Świtu znają ją, każe się ona nazywać Rayne i przysłał ją tu niedawno Krąg Cenariona. Obok niej podąża olbrzym o złowrogiej sylwetce. Jego kopyta rozpryskują błoto, rogata głowa uniesiona jest w górę. Taureński druid w całej swej okazałości.
Tauren staje naprzeciwko Dawnbringera i przemawia mową swego ludu. Elfka słucha uważnie, a potem dźwięcznym głosem, z wyraźnym śladem melodyjnego darnassiańskiego akcentu, przekłada jego słowa na wspólną mowę.
- Byliśmy obok, gdy tych pięciu ludzi przybyło na gryfach. Wedle naszych obserwacji i naszego rozsądku, nie szukali zwady. Widzieliśmy wyraźnie, iż to człowiek, którego zraniono w walce, pierwszy przemówił i pierwszy wyjął broń…
Wśród Krzyżowców przebiega złowrogi szmer. Jeden z nich, szczupły mężczyzna o ogorzałej twarzy krzyczy gniewnie.
- Cóż to ma być?! Słowo elfki i plugawego pomiotu Hordy uznane przeciwko słowu sług Światła?! Klnę się na moich przodków, nie puścimy płazem takiej zniewagi!!
Pełen aprobaty i wściekłości pomruk wśród Krzyżowców zapowiada, że burza ponownie zawisła w powietrzu. Zachęcony tym mężczyzna, upojony narastającą w nim samym żądzą krwi, wyszarpuje z pochwy miecz o szerokim ostrzu.
Zapada cisza. Elfka cofa się strwożona. Tauren stoi bez ruchu, opuszczając jedynie zbrojną w rogi głowę. Oboje nie noszą żadnej broni.
- Psie! – ryczy Dawnbringer. – Rimblatt i Rayne są naszymi gośćmi. Gwałcisz święte prawa! Karą jest śmierć!
Chwila owa nasączona jest pewnością przelewu krwi, nabrzmiała napięciem, jak wrzód, który za chwile zostanie przecięty, by uwolnić strugę cuchnącej ropy.
Tak się też dzieje.
Stojąca obok lady Marjham błyskawicznym ruchem dobywa zawieszony u jej pasa srebrny, długi sztylet i zdecydowanym ciosem zatapia ostrze w gardle mężczyzny, który dobył broni. Równie szybko wydobywa je z rany i odstępuje. Krzyżowiec upada w agonii na ziemię. Kolejny szmer przelatuje przez tłum. Piękna brunetka bezceremonialne wyciera ostrze o płaszcz stojącego najbliżej niej Krzyżowca i chowa sztylet do pochwy.
- Tak wygląda sprawiedliwość prawdziwych sług Światła! – rzecze donośnym, ostrym głosem, patrząc wyższemu od niej Dawnbringerowi w oczy – Nie mamy ani krzty więcej pobłażania dla siebie, niźli dla naszych sojuszników i wrogów!
Nikt jej nie odpowiada. Czujni wojownicy Świtu wciąż otaczają luźnym pierścieniem stłoczonych Krzyżowców. Ci ostatni zamarli w milczeniu. Dawnbringer porusza ustami, lecz najwyraźniej nie może się zdecydować, co uczynić, czy powiedzieć. Pięciu paladynów nadal stoi w szyku, gotowi w każdej chwili wyciągnąć broń. Tauren i jego elfia towarzyszka patrzą na to wszystko w strachu i zdumieniu.
- Nie jesteśmy tu dłużej mile widziani – głos Marjham przecina ciszę niczym bicz – Świt obraził Krucjatę i zerwał rokowania. Eerol, zbieraj ludzi! Chcę ruszyć do Tyr’s Hand tak szybko, jak to możliwe.
Po chwili ponownie zwraca swe spojrzenie ku Dawnbringerowi i patrzy z pytającym oczekiwaniem. Ten zdaje się otrząsać, jego wzrok znów nabiera twardości.
- Przejście dla naszych gości! Przejście dla Szkarłatnej Krucjaty! – krzyczy. Ludzie Świtu, zarówno pieszy, jak i konni, rozstępują się, umożliwiając przedostanie się Krzyżowcom ku prowizorycznej stajni. Paladyn Eerold unosi dłoń w geście komendy i jego ludzie w jednej chwili przestają przypominać przepojoną chęcią mordu tłuszczę. Dwuszereg szkarłatnych płaszczy dumnie maszeruje, twarze butnie zwrócone ku żołnierzom Świtu zdają się wciąż rzucać im wyzwanie, lecz nie pada ani jedno słowo. Dźwigają ze sobą dwa bezwładne ciała towarzyszy.
Eerold odchodzi ostatni. Odwraca się jeszcze ku pięciu milczącym paladynom i wbija swój wzrok w mroczną teraz wizurę hełmu Gravisa.
- Nasze ścieżki przetną się jeszcze – syczy przez zęby. – Miejcie się wówczas na baczności, albowiem miecze Świtu was nie obronią.
- Będziemy o tym pamiętać, panie – odpowiada Gravis i skłania lekko głowę. Gest ten i słowa sprawiają, że paladyn Krucjaty zamiera na moment z wściekłości. Potem spluwa z pogardą i odchodzi za swymi ludźmi.
Dawnbringer patrzy w ślad za nimi, mięśnie na jego zaciśniętej szczęce pulsują w jednostajnym, nerwowym rytmie.
- Sam nie wiem, czy wolę mierzyć się w polu z plugawymi wojskami Plagi Nieumarłych, czy też zasiadać przy jednym stole z tymi jadowitymi wężami – mówi cicho. Nagle odwraca się ku braciom Malleus.
- Kimkolwiek jesteście, nie mogliście wybrać sobie gorszego miejsca i gorszej pory, o ile nie przybyliście, by dołączyć do Świtu, a tego się nie spodziewam. Ostatnią rzeczą, jaką nam tu potrzeba są swary między zakonami Światła. Mamy tu wojnę z nieumarłymi, spory z Klasztorem, walki między harcownikami Hordy a Przymierza, a teraz wy jeszcze dolewacie oliwy do ognia w najmniej właściwym momencie. Czego tu chcecie? Co tu robicie?!
Gravis pochyla głowę i zdejmuje ciężki hełm wraz z kapturem kolczym. Jego czarne włosy i broda są spocone i zmierzwione, ciemne oczy otoczone siateczką drobnych zmarszczek wyrażają całkowity spokój. Jego bracia również zdejmują hełmy.
- Jestem Gravis Malleus, a to…
- Gravis?! – rozlega się donośny głos potężnego mężczyzny, który przed momentem wyszedł z kaplicy. – To ty, chłopcze?
Paladyn marszczy brwi, najwyraźniej nie rozpoznaje człowieka, który zna jego imię.
- W rzeczy samej, panie. Gravis Malleus. A oto moi bracia, byli poddani miłościwie panującego króla Terenasa, skromni słudzy Światła i świętego zakonu Ex Tenebris Lux, którego siedziba znajduje się w wielkim królewskim mieście Stormwind.
- Książę? – Dawnbringer patrzy z szacunkiem na człowieka, który podchodzi do paladynów z uśmiechem niedowierzania na twarzy. W jego głosie słychać pytanie.
- Synowie Valeriusa! Zaiste, Azeroth jest małe, a Święte Światło Stworzenia łaskawe nawet w tym przeklętym w miejscu! Wiecie kim jestem?
Paladyni spoglądają po sobie zmieszani.
- Nie, panie – odpowiada w końcu Inquisitio.
- Ty pewnie jesteś Delenitor, ha? – uśmiecha się mężczyzna.
- Inquisitio. Delenitor stoi tutaj – odpowiada paladyn z lekkim wahaniem, wskazując na brata.
- Jestem książę Nicolaus Zverenhoff. Przyjaźniłem się z waszym ojcem. Walczyliśmy i polowaliśmy razem. Pamiętam was jako zasmarkane szczeniaki, gdy przebywałem w zamku waszego ojca. Wasza matka była kuzynką mojej pani żony, niech Światło błogosławi ich umęczonym duszom.
Dawnbringer wyraźnie się odpręża. Oficerowie Świtu zdążyli już wydać rozkazy i zebrani zbrojni rozchodzą się do swoich zajęć. Po chwili jedynym świadectwem niebezpiecznych scen, które miały tu miejsce jest tylko grunt zryty licznymi stopami i kopytami koni. Ślady te szybko wypełnia brudna, błotnista woda.
- Przyjaciele księcia są przyjaciółmi Świtu – powiada, pochylając lekko głowę. – Jeśli nie przybyliście tu, by dołączyć do naszych szeregów, pozwólcie, że się oddalę. Wzywają mnie obowiązki.
Paladyni skłaniają głowy w milczeniu. Dawnbringer rusza energicznym krokiem w stronę, w którą podążyli Krzyżowcy, chcąc najwyraźniej dopilnować ich bezpiecznego odjazdu.
- Gdzie jest Bartholomew? – rzuca jeszcze ostrym tonem pytanie jednemu z oficerów Świtu, stojącemu obok. – Będę się chciał z nim rozmówić.
- W podziemiach kaplicy, panie – odpowiada mężczyzna – Nie chciał, by obecność nieumarłego rozjątrzyła ludzi Krucjaty.
Dawnbringer kiwa głową bez słowa i odchodzi.
Zverenhoff nie pamięta, kiedy uśmiechał się po raz ostatni. Ma wrażenie, że kąciki jego ust unoszą się z wielkim trudem, jednak dawno nie odczuwane uczucia pojawiają się w jego duszy. Gravisa zapamiętał jako spokojnego chłopca przyglądającego się wszystkiemu z wielką ciekawością i zadającemu nadspodziewanie rozsądne na jego wiek pytania. Mnóstwo pytań. Teraz ten czarnobrody, potężny mężczyzna odpowiada uśmiechem na uśmiech. Widać, jak z braci Malleus odpada napięcie, ich rysy wygładzają się i łagodnieją.
- Nie zaproszę was do mojej komnaty, gdyż jest na to zbyt ciasna – rzecze Zverenhoff. – Tak, tak, wojna sprawiła, iż zamieniłem rodowy zamek na wilgotną klitkę w podziemiach kaplicy.
- Szlachetna dusza może służyć Światłu wszędzie, panie – odpowiada uprzejmie Delenitor.
- W rzeczy samej, chłopcze – zgadza się książę i wyszczerza zęby – Moja dusza nie sprzeciwia się temu, stare ciało często jednak protestuje. Wejdźmy do namiotu kwatermistrza, rozgościcie się zanim znajdziemy wam jakieś kwatery. Każę podać skromne jadło, gdyż jedynie takie tu mamy. Opowiecie mi co was tu sprowadza.
……………
-Zul’Mashar – Zverenhoof odstawia kufel i drapie się w zamyśleniu w brodę – Ta wymarła enklawa trolli? Jesteście pewni? Z tego co donoszą nam zwiadowcy, nie oparli się Pladze. Roi się tam od nieumarłych.
Gravis kiwa zdecydowanie głową.
- Tak. Musimy się tam dostać. Odnaleźć ziggurat, który trolle w swej barbarzyńskiej mowie nazywały Mazra’Alor.
Książę potrząsa głową w niedowierzaniu.
- Nie mogę was zrozumieć. Nekropolie Króla Lisza unoszą się nad całym Azeroth, jego wojska wdarły się nawet na przedpola Ironforge i Stormwind. W Silithusie wybuchła wojna. Tutaj, w naszej dawnej ojczyźnie, toczą się nieustanne potyczki z Plagą i harcownikami Hordy. Każdy, kto włada mieczem, jest nam tu nie mniej potrzebny do przetrwania, niż jadło i czysta woda. Z waszych umiejętności moglibyśmy skorzystać tu niepomiernie. Nie musielibyście tego robić dla Świtu, lecz dla miejsca, którego odzyskanie wszyscy przysięgaliśmy…
- Pamiętamy o naszych przysięgach, panie – odpowiada Gravis. – Wrócimy tu, gdy tylko będzie to możliwe. Sam wiesz przecież, że pozornie niepowiązane ze sobą bitwy składają się często na kampanię, która zdecydować może o zwycięstwie w wojnie.
- W jaki sposób pogoń za starożytnymi legendami trolli ma pomóc nam w walce z Plagą, gdy każdy dzień jest tutaj udręką i niemal każdego dnia płonie tu nowy stos pogrzebowy? Gdy was zobaczyłem, byłem pewien, iż mogę liczyć na pomoc, teraz każesz mi was wyprawić do jakiegoś śmierdzącego zigguratu, a potem odesłać z powrotem na południe? Trudno mi uwierzyć w to co mówisz, Gravis, chłopcze.
Paladyn uśmiecha się smutno.
- Domyślam się, książę. Mnie samemu często trudno uwierzyć we własne czyny i słowa. Postaraj się jednak nas zrozumieć. Uwierz mi, że nie szafujemy swym życiem. Nie zapominamy o tym, gdzie zatrzymano bicie serca naszej ojczyzny. Nie zapomnimy o tym nigdy. Spotkamy się jeszcze, o ile Światło pozwoli. Tu, na ziemi, którą zbeszczeszczono.
Paladyn widzi łzy w oczach starego rycerza.
- Wiesz, chłopcze… - mówi tamten zduszonym głosem – Cieszę się, że was widzę. Cieszę się, że przeżyliście. Tak bardzo przypominasz mi swego ojca z lat, gdy byliśmy obaj młodsi jeszcze od ciebie. Jakże szczęśliwe to były dni. Jakże straszliwa ciemność je pochłonęła…
- My jesteśmy światłem, które uderza z ciemności, dobry panie – mówi łagodnym tonem Gravis. – Tak będzie i tym razem, zaufaj nam. Wyjedziemy jutro o świcie, wrócimy dwa dni potem, o ile Światło pozwoli.
Zverenhoff kiwa jedynie głową, zamyślony.
- Tutaj nie ma świtu, chłopcze. To niekończący się koszmar. Każdego wieczora, gdy próbuję zasnąć, modlę się, by nie powrócił mój sen. Lecz powraca zawsze. Budzę się, choć wiem, że śnię nadal. Patrzę w zwierciadło. Jestem martwy. Obserwuje mnie naga czaszka. Lecz nie to jest najstraszniejsze. Gdy budzę się naprawdę, moja twarz żyje, lecz ja wiem, że wewnątrz umarłem dawno, dawno temu. Wtedy zamykam oczy i wracam na chwilę do tamtych dni. Dobrych dni…
Książę milknie. Jego twarz łagodnieje. Jego myśli są gdzie indziej. W innym miejscu, w innym czasie.
Gravis pragnąłby mu tam towarzyszyć. Towarzyszyć w świecie, w którym sam był beztroskim chłopcem, jego ojciec młodym, silnym mężczyzną, jego matka piękną kobietą, niebo błękitne, trawa zielona, Lordaeron potężny i patrzący z ufnością w przyszłość. Wszyscy chcieliby im tam towarzyszyć.
Lecz przecież te dni minęły. Podobnie przeminie owa chwila słabości. Następnego ranka osiodłają użyczone im konie Świtu i pogalopują na północny zachód. Pod szarym niebem.
Po błotnistej ziemi.
W zbrojach, które nie lśnią.
Źródło podstawowe: Hakkar.doc. Wydanie robocze: uporządkowany tekst źródłowy i wstępna korekta. Nie dopisano scen ani zakończenia.