Jasna, tętnicza krew popłynęła wąską kamienną rynną, bulgocząc dziko. Wzmogło to jedynie pasję, z jaką siedmiu kapłanów pracowało nad wciąż jeszcze żyjącymi niewolnikami długimi, rytualnymi nożami. Z ich gardeł wyrywały się chrapliwe krzyki, niemal równie głośne jak przedśmiertne wrzaski składanych w ofierze trolli.
- Hakkar!
- Hakkar!!!
- Krew dla Hakkara!! Rzeź dla Hakkara!!!
Z tyłu ołtarza, podnieceni przelewem krwi, oszołomieni napojem bogów strażnicy długimi włóczniami bezceremonialnie pchali przed siebie kolejnych straceńców po stromych schodach piramidy. Rozlewające się w coraz większe strugi mocz, kał i inne płyny ustrojowe oraz krążące nad nimi roje wielkich jak motyle much, znaczyły drogę nieszczęśników. Panował straszliwy upał i wielka wilgotność, typowa dla dżungli Stranglethornu. Duszna, gęsta atmosfera sprawiała, że strażnicy świątynni byli bardziej jeszcze brutalni niż zwykle, a Atal’ai, którym pot dosłownie zalewał oczy, wycinali bijące serca z pełną energii wściekłością.
Poza tym wiedzieli, że mają niewiele czasu. Spieszyli się.
Złakniony krwi tłum wył w zbiorowym szaleństwie na ogromnym placu u podnóża piramidy, powstrzymywany brutalnie przez uzbrojonych aż po kły elitarnych gwardzistów Atal’ai. Ceremoniał musiał być doprowadzony do końca. Kapłani przez wiele miesięcy gromadzili w celach świątynnych jeńców z grabieżczych wypraw wojennych prowadzonych przez imperialne armie Gurubashi. Tysiące miały dziś umrzeć, by dać wreszcie materialne życie istocie, której głód musiał być zaspokojony.
Gęsta krew spływała powolnym, krzepnącym strumieniem aż do płaskiej platformy, otoczonej zapalonymi pochodniami i bijącymi pokłony Atal’ai w liturgicznych szatach. Tutaj rynna przybierała kolisty, zamknięty kształt. W jakiś osobliwy sposób napływający nieustannie płyn nie przelewał się jednak przez kamienne krawędzie, lecz znikał w samym środku, gdzie niewyraźnie niczym mgiełka rysował się pulsujący kształt. Promieniował z każdą sekundą coraz bardziej namacalną ciemnością, grozą i szaleńczym pragnieniem.
Zabijano tak wielu, w tak szybkim tempie, że kapłani musieli zmieniać się co jakiś czas przy ołtarzu ofiarnym, gdyż omdlewały im ręce. Zapach krwi doprowadzał wszystkich do szaleństwa. Krzyk tłumów w dole zdawał się brzmieć niczym ryk jakiejś pierwotnej bestii. Zul’Gurub widziało wiele śmierci, morza krwi przelano na jego ołtarzach, placach i ulicach, jednak nigdy jeszcze nie rozpętano równie dzikiego, a jednocześnie metodycznego szaleństwa, jak owego czarnego dnia.
Najgorsze miało się jednak dopiero wydarzyć.
………….
Od strony trzech bram miasta maszerowały oddziały wojska, zbliżając się promieniście do centrum, gdzie rytuały przywołania zmierzały do punktu kulminacyjnego. Ciężkozbrojne szeregi trolli znaczył las długich włóczni, widocznych z daleka przez niską zabudowę ubogich chat, lecz zasłoniętych od północy, gdzie pyszniły się domostwa znaczniejszych mieszkańców. Maszerowali z ponurymi minami, ich nagie, twarde stopy uderzały mocno, bryzgając dookoła błotem wąskich uliczek, dudniąc głucho na brukowanych alejach. Czarne nagolenniki armii Gurubashi, jasnoczerwone napierśniki Kompanii Najemniczej, purpurowe, skórzane hełmy Wolnych Łowców Głów Witherbarków - do stolicy najpotężniejszego imperium trolli wkroczyły najliczniejsze siły zbrojne w całej jego historii.
Na czele maszerującego od wschodniej bramy oddziału Kompanii Najemniczej szedł z dumnie uniesioną głową sam Gul’Rabash, zwany Zabójcą Demonów. Ów ogromny troll pozbawiony prawego kła, z szeroką przepaską zakrywającą oczodół martwego oka, z obliczem naznaczonym gęstą siatką blizn, ściskający ciężkie drzewce okutej brązem włóczni, kroczył przed siebie energicznie, podając rytm swym wojownikom. Prowadził Martwą Kolumnę, najwierniejszych z wiernych, weteranów dziesiątek bitew, mistrzów wojennego rzemiosła, którzy byli dla niego jak bracia i poszliby za nim choćby w ogień Otchłani. Jego jedyne oko gorzało wściekłością i gorączką zbliżającej się rzezi. Twarde jak kamień muskuły na nagich ramionach lśniły kroplami potu. U lewego boku zwisał mu szeroki, ciężki miecz, u prawego zaś zakrzywiony sztylet znaczony runami wudu. Na szyi grzechotały mu fetysze, kościane amulety wiążące dusze pokonanych wrogów, pamiątki niezliczonych starć, o których układano pieśni i poematy na wszystkich ziemiach trolli, od dżungli Stranglethornu, aż po lodowe pustkowia Northrendu. Dziś Gul’Rabash miał nadzieję okryć się największą chwałą i przypieczętować swą bitewną glorię, gdyż służył nie temu, kto zapłaci najwięcej, lecz sprawie wszystkich trolli. Był przekonany, iż Zandalarczycy nie kłamią. Zbyt wiele widział.
Obecność tak licznych w mieście wojsk nie mogła być oczywiście tajemnicą. Zwiadowcy Gurubashi nie uprzedzili jednak miasta o zbliżających się armiach. Strażnicy miejscy na murach nie podnieśli alarmu, gdy ujrzeli nadchodzące oddziały. Wszystkie bramy stanęły otworem. Część mieszkańców wiwatowała w oknach i na ulicach, większość jednak pochowała się w najciemniejszych zakamarkach swych domostw, przeczuwając burzę, która rozpęta się wkrótce nad Zul’Gurub.
Straże miejskie, a nawet część ludności mogły stać po stronie intruzów, jednak w kompleksie świątynnym, będącym swoistym miastem w mieście, należało się spodziewać nieugiętego i całkowicie bezwzględnego oporu. W wielkich budynkach koszar gwardii świątynnej zakotłowało się od trolli, które w pośpiechu, lecz zarazem w żelaznej dyscyplinie, zbroiły się i grupowały na dziedzińcach w regularnych czworobokach.
Kilka oddziałów straży ruszyło już wzdłuż ulic Zul’Gurub, by dopaść intruzów, nim ci dotrą do granic świętych przybytków Atal’ai. Maszerowali ze stężałymi twarzami, gotowi na rzeź, która miała się rozegrać wśród ulic i zaułków metropolii.
Tymczasem inna rzeź trwała w najlepsze. Kapłani zabijali bez wytchnienia, ich szaty były sztywne od zakrzepłej krwi. Roje dokuczliwych owadów i padlinożerne ptactwo krążyły wśród rzucanych na wielkie stosy zwłok. Atal’ai wyraźnie się spieszyli. Krew bulgotała w rynnie, spływając ku platformie, gdzie płomienie to przygasały, to rozbłyskiwały oślepiającym światłem, choć nie wiał nawet najlżejszy wietrzyk. W pulsującym cieniu coraz wyraźniej zarysowywał się kształt. Dobiegał także stamtąd głos, przemawiający coś w budzącej grozę mowie, chociaż był jękliwy i niewyraźny, niezdolny do zagłuszenia panującego w tym miejscu gwaru.
Cios spadł na Gul Rabasha gdy troll wyłonił się zza zakrętu wąskiej uliczki. Gwardzista ze straży świątynnej ciął błyskawicznie swym krótkim, ciężkim mieczem, chcąc rozpłatać czaszkę Zabójcy Demonów. Ten jednak wygiął się płynnie do tyłu tak mocno, iż wydawało się pewne, że upadnie. Ostrze przemknęło ze świstem przed jego twarzą. Gwardzista był doświadczonym wojownikiem i próbował wykorzystać ciężar swej broni, by natychmiast wziąć ponowny zamach. Gul’Rabash jednak ruchem tak szybkim, że właściwie niewidocznym, dobył swój długi sztylet, wraził go pod odsłoniętą pachę wroga dosięgając serca i wyprostował się, odrzucając martwego trolla na bok, gotowy do kolejnego starcia.
Pomknęły ku niemu dwie ciężkie włócznie. Pierwszą odbił niemal od niechcenia własnym okutym drzewcem, przed drugą zaś uchylił się na bok, całkowicie instynktownie. Jego trolle były już obok niego, gotowe do walki. W uliczce nie mogło się zmieścić obok siebie więcej niż czterech wojowników. Przed sobą dojrzeli skupionych w gęstym szyku gwardzistów świątynnych. Ich oczy pałały żądzą krwi, gotowością do zabijania i umierania. Nie znali innego życia. Były to trolle z wielu plemion, które gwardia Atal’ai rekrutowała spośród młodocianych niewolników branych w licznych wojnach domowych. Ich rodziny mordowano, lub sprzedawano, podczas gdy ich samych poddawano surowej tresurze, najcięższej dyscyplinie i wpajano fanatyczne oddanie kapłanom. Nie było w nich słabości ani litości.
Nie mogło to jednak zrobić wrażenia na Martwej Kolumnie, której wojownicy przelewali krew demonów Legionu, pozostałych w Azeroth po Wielkiej Wojnie i Pęknięciu Świata.
Gul’Rabash ryknął przeraźliwie i cisnął swą włócznią w kierunku wrogów. Ta zaśpiewała dźwięcznie w locie, drżąc lekko, a potem uderzyła w pierś stojącego na czele gwardzistów wojownika. Ostrze przebiło kościany napierśnik, żebra, serce, wyłoniło się z pleców i wbiło się w ciało kolejnego, stojącego za nim trolla, który jęknął z bólu, nim skonał. Zanim jednak jeszcze włócznia osiągnęła swój cel i zanim przebrzmiał ryk Zabójcy Demonów, ten miał już w dłoniach zakrwawiony sztylet i miecz. Runął ku stłoczonym wrogom nie wahając się ani przez moment. Za nim, wzbijając bosymi stopami obłok kurzu, podążyła Martwa Kolumna, najeżona ostrzami włóczni i mieczy.
Dwa oddziały zderzyły się z tumultem i hukiem, krew trysnęła wysoko na bielone ściany domów. Gwardziści walczyli z bezwzględną determinacją i nawet ich krzyki agonii były stłumione wściekłością i nienawiścią. Najemnicy byli jednak bardziej zaprawieni w bojach, mieli przewagę impetu, a przede wszystkim był z nimi ich dowódca. Żywa legenda. Troll, który własnymi kłami rozpruł wnętrzności ogara Otchłani. Który wydarł czarne serce porucznikowi Legionu, skrzydlatemu Nathrezim i pożarł je na oczach swych towarzyszy, spoglądających na niego, jakby był bogiem. Który unosił miecz w geście triumfu nawet w chwili, gdy krew konającego demona spływająca mu po twarzy wypalała jego prawe oko.
Nie był bogiem. Gdy go raniono, płynęła zeń krew. Czuł też ból ran i był śmiertelny. Magia wudu nie mogła jednak uczynić mu szkody, gdyż chroniły go rzesze dusz wyrwanych wrogom i zamkniętych w fetyszach. Strach, który budził we wrogach i lojalność, jaką odczuwali jego najemnicy, sprawiły, że nawet gwardia Ata’lai nie mogła utrzymać pozycji w obliczu szaleńczego ataku Martwej Kolumny. Włócznie pękały z trzaskiem, brązowe miecze szarpały ciała wśród wrzasków i bulgotu przelewanej krwi. W tłoku i chaosie ci, którzy upadali nie mogli liczyć nawet na szybką śmierć. Wojownicy ślizgali się na wyprutych wnętrznościach, odcięte kończyny drgały konwulsyjnie. Gdy złamano już włócznie, gdy brakowało miejsca, by zadać cios mieczem, bogowie i przysięgi traciły nagle znaczenie. Nie można ich było dostrzec poprzez zakrwawione, wyłupione, zaciśnięte w agonii oczy. Wszystko stawało się proste, sprowadzając do walki twarzą twarz, kłów wbijanych w gardła, sztyletów ześlizgujących się po żebrach, lub wbijanych między nie, martwych palców zaciśniętych na stępionych ostrzach. Okrutny spektakl życia i śmierci wystawiano tak długo, aż wreszcie szyki gwardzistów pękły i zaczęli oni ginąć jeden po drugim. Nie uciekali nawet wtedy, albowiem zabito w nich pragnienie życia zbyt dawno temu, by mogli obawiać się śmierci.
Dwóch kapłanów bitewnych, których wudu okazało się bezsilne wobec wściekłego ataku Martwej Kompanii poderżnęło sobie własnoręcznie gardła, by uniknąć pośmiertnej niewoli. Gul’Rabash stanął na stosie trupów i zawył jak potępieniec, wymachując ze świstem zakrwawionym mieczem.
- Śmierć Atal’ai! – rozległo się wśród jego trolli. Krzyk zdawał się odbijać od ścian wąskich uliczek, wzlatywać w niebo i spadać z powrotem w dół, niczym drapieżny ptak.
W ogromnym mieście usłyszano ten zew. I pochwycono go.
Na południu, gdzie pierwszą krew przelali Witherbarkowie prowadzeni przez Rash’amaniego, syna Zjadacza Serc, który ryknął teraz:
- Śmierć Atal’ai! Śmierć Łupieżcy Dusz!!
Na wschodzie, gdzie do kompleksu świątynnego podążali cisi i ciężkozbrojni Zandalarczycy, którzy nie kochali wojny, lecz gdy ją toczyli, byli jak niepowstrzymany rydwan krwi i brązu.
Na północy, gdzie do boju szły trolle Ciemnej Włóczni, a wraz z nimi wygnańcy z upadającego pod ciosami Kaldorei imperium Amani, a nawet mały oddział dzikich Zul’draków z dalekiego Northrendu, także usłyszano ten złowrogi okrzyk. Stopy wojowników zadudniły żwawiej o bruk ulic Zul’Gurub. Oniemiali mieszkańcy stolicy Gurubashi byli świadkami niezwykle rzadkiego widowiska – przez ich miasto maszerowała zjednoczona armia trolli, które w innych okolicznościach prędzej dałyby się usmażyć żywcem, niż stanąć do boju ramię w ramię. Leśni Witherbarkowie o porośniętej mchem skórze obok Mossflayerów i Revantusków. Gurubashi obok Rozszczepiaczy Czaszek, Krwawych Skalpów i Strzaskanych Włóczni. Razem, ku śmierci lub zwycięstwu. Razem przeciw łakomemu bogu.
Gwardziści już nie atakowali. W pośpiechu zamknięto bramy kompleksu świątynnego, na murach pojawili się oszczepnicy i łucznicy, a także kapłani bitewni o ciemnych dłoniach i oczach. Oczekiwano na szturm. Ołtarz wciąż spływał krwią, a wycieńczeni Atal’ai zarzynali wciąż kolejnych niewolników, ścigając się z czasem. Mroczny kształt karmiony krwią, bólem i gorzkim nektarem dusz mordowanych stawał się coraz wyraźniejszy, nabierając substancji, ciężaru i mocy.
...........................
Daleko stamtąd, na płaskim dachu wysokiego budynku położonego przy wschodnim murze, stała grupka trolli. Najbliżej krawędzi, zwróceni twarzami do centrum miasta znajdowali się dwaj z nich. Jeden, wysoki, o pożółkłych kłach, ubrany w pyszne szaty, był najwyraźniej zandalarskim kapłanem. Ramiona drugiego, drobniejszego, o mniej dumnej postawie, okrywał prosty, szary płaszcz. Patrzył bez słowa przed siebie, jego oczy wyrażały bezbrzeżną rozpacz.
Za nimi stało kilku ciężkozbrojnych zandalarskich wojowników o wyjątkowo postawnych sylwetkach, a także milczący niewolnicy.
Z krawędzi dachu widać było, co dzieje się pod kompleksem świątynnym. Kolejne kolumny wojsk trolli wylewały się z ulic na szeroką aleję pod murami, poza zasięgiem broni obrońców i zatrzymywały się, czekając. Ostatnia dołączyła do nich Martwa Kolumna, która stoczyła jak dotąd najcięższe walki.
Mury te nie były przystosowane do odpierania oblężeń, jednak atakujący nie mieli złudzeń – ich sforsowanie będzie kosztowało całe cebry krwi.
- Czy twoje trolle zrobią to, co zapowiedziałeś? – zapytał cicho Zandalarczyk. – Czy staną po naszej stronie?
Troll w szarym płaszczu długo nie odpowiadał, jakby zahipnotyzowany widokiem, którego był świadkiem.
- Zul’karashu? Czy możemy liczyć na twoich Hakkarich?
Wypowiedziane imię jakby go zbudziło. Zamrugał powiekami i odwrócił swe oblicze ku kapłanowi.
- Możecie na nich liczyć – rzekł łamiącym się głosem. – A potem idźcie do Otchłani.
………….
Trolle Amani powiadały, iż zdrada jest niczym niesmaczna, lecz pożywna karma, jaką żywią się raptory wojny, siodłane do bitwy. Przysłowie Gurubashi mówiło, iż hańbę zdrady przełyka się łatwo, o ile można popić ją słodkim miodem zwycięstwa. Plemiona trolli walczyły ze sobą i zdradzały się od tysięcy lat. Tym razem jednak zdrada miała posłużyć im wszystkim, uratować to, co pozostało do uratowania.
Zandalarscy dowódcy i kapłani, którzy zorganizowali ów rozpaczliwy szturm na miasto, zdawali sobie sprawę, podobnie jak tysiące zgromadzonych wojowników, iż nie zdołają przełamać oporu zamkniętych za murami fanatycznych sług Łupieżcy Dusz dostatecznie szybko, by zapobiec dopełnieniu straszliwego rytuału. Zdrajcy byli wybawieniem. W chwili, gdy pod mury kompleksu świątynnego dotarła Martwa Kolumna, wewnątrz toczyła się już bitwa. Gwardziści lojalni wobec Hakkari ruszyli przeciwko tym, którzy związali swój los z frakcją Atal’ai. Krew polała się na schodach piramidy, gdzie trwała rzeź i na murach, gdzie prawdziwej rzezi dopiero oczekiwano. Była to brudna, bratobójcza wojna, bez miejsca na szlachetność. Walczono bezlitośnie o każdy stopień, każdy moment, wraz z którym Cień urastał w siłę. Hakkari zrozumieli, komu służyli i jak straszliwą groźbę próbują sprowadzić na świat Atal’ai. Zapragnęli zachować swe ciała, lub chociaż swe dusze, albowiem wiedzieli, iż jeśli nie rzucą się do gardeł swym byłym braciom i nie przerwą rytuału nie ma dla nich ratunku. Nie było to łatwe. Nie było łatwe przyznać, że wszystko, czemu oddali swe życie było kłamstwem i zagładą. Dlatego znienawidzili samych siebie, a nienawidząc, rozpętali wszystkie moce, jakimi władali przeciwko tym i temu, co uosabiało ich klęskę.
………….
Dwaj trolle na dachu wciąż patrzyli przed siebie, w napięciu i milczeniu. W pewnym momencie dostrzegli czarne wstęgi przecinające niebo nad kompleksem świątynnym.
- Przechodzi! – syknął Zandalarczyk – Na krew demonów, on przechodzi!
Zul’karash milczał. Kropla krwi zalśniła na jego zagryzionej wardze.
.......................................................................................
Walki toczyły się już na murach, u stóp schodów piramidy ofiarnej, a także pod bramą. Kapłani Hakkari rozpętali żywioł swej magii przeciwko kapłanom Atal’ai. Ciemne wiry przecinały powietrze, uwolnione z fetyszy dusze drapieżników i głodnych krwi wojowników runęły na wrogów tych, którzy je przywołali. Ci ostatni jednak, broniąc się przed atakami, stopniowo tracili kontrolę nad swoją własną magią. Narastał chaos. Niewiele było sposobów, by odróżnić sojuszników od wrogów.
Niewolnicy wciąż umierali, choć została ich ledwie garstka. Czarna obecność wciąż spijała łapczywie ich krew i pożerała ich dusze, zajmując już niemal cały obszar platformy tak, że na obrzeżach zostawało bardzo niewiele miejsca na podtrzymujących rytuał Atal’ai. Można było już rozróżnić kształt wielkiego węża i ujrzeć gorejące ogniami Otchłani oczy.
Pod bramą tłoczyła się gwardia i kapłani. Buntownicy próbowali dostać się do rygli, by wpuścić czekającą pod murami armię. Wodzowie i dowódcy tej ostatniej dali sygnał do ataku. Z tylnych szeregów zandalarskich oddziałów ruszyły rosłe trolle, ciągnąc ogromne tarany. Kapłani rozpościerali szarą zasłonę zaklęć, która przyczyniała się do dalszego rozszarpywania tkaniny materii nad Zul Gurub. Niebo ciemniało coraz bardziej.
………….
- Zobacz, czym się staliśmy – rzucił lodowatym, zmęczonym tonem zandalarski kapłan. – Nawet jeśli przetrwamy ten przeklęty dzień. Kim będziemy?
Zul’karash wpatrywał się wciąż przed siebie, przerażony i zmęczony. Zandalraczyk patrzył przez chwilę na niego, a potem przeniósł wzrok na miasto. Miasto, które choć potężne i wielkie, nosiło w sobie widoczne znamiona rozkładu i upadku. Zul’Gurub chyliło się ku upadkowi już od stuleci.
- Wszystko co mieliśmy, straciliśmy z własnej woli – powiedział gorzko. – Gurubashi stało się zbyt żarłoczne. Amani zbyt chełpliwe. Każde imperium musi upaść.
- Zbyt wiele sił sprzysięgło się przeciw nam – zaprzeczył Hakkari - Czciciele księżyców z ich magią i te nagie małpy… Legion…
- Gdybyśmy umieli się zjednoczyć, żadna z tych sił nie mogłaby nas pokonać. Czyż przed Pęknięciem Świata nie władaliśmy niemal wszystkim ziemiami? Pochłonęło nas bezmyślne okrucieństwo. Pożeraliśmy siebie nawzajem, gdy nasi bracia ginęli.
- Pożeramy swych wrogów, by okazać im szacunek i przejąć ich siłę. Nic w tym…
- Tak, kiedyś tak było. Lecz zamieniło się to w rytuały krwi. Rzezie jeńców i niewolników. Marnotrawstwo i karmienie zbyt głodnych bóstw. Zepsucie zalęgło się w czarnych sercach. Łupieżca Dusz nie jest naszym opiekunem, lecz wy, głupcy, nie rozumieliście tego. Teraz zapłacimy za to ogromną cenę.
Hakkari milczał przez chwilę, a potem odezwał się z wahaniem.
- Robiłem rzeczy straszne. Potem uczyniłem rzecz słuszną. Lecz jest to zarazem zdrada. Nie znajdę już ukojenia. Kto zaufa zdrajcy?
Zandalarczyk spojrzał ponownie na Zul’karasha.
- To prawda. Zdradziłeś w słusznej sprawie, lecz jednak zdradziłeś. A kto raz to uczynił, ten nie zostanie już obdarzony zaufaniem i nie dane mu będzie odzyskać honoru. Ja jednak wiem, jak wybawić cię od tego losu. Znam lekarstwo na twoją chorobę i uznaję, że zasłużyłeś na to, by je otrzymać.
Hakkari przechylił głowę w niedowierzaniu.
- Doprawdy?
- Tak. – powiedział Zandalarczyk, a potem odwrócił się do stojących z tyłu gwardzistów i skinął lekko dłonią.
Zul’karash chciał coś powiedzieć, lecz nie zdążył. Krew popłynęła spomiędzy warg, zabulgotała w płucach. Ciemne ostrze włóczni wyłoniło się z jego piersi, a potem cofnęło, gdy gwardzista szarpnął drzewcem w swą stronę. Nogi trolla ugięły się i upadł jak szmaciana lalka. Zandalarczyk patrzył na trupa przez chwilę, a potem zwrócił swój wzrok ponownie ku miejscu, nad którym zdawała się zapadać noc.
………….
Dwa rygle zdjęto wśród rzezi, świstu ostrzy, ryku wichru, otchłannego wrzasku głodnych krwi dusz, rozszarpujących swe zdobycze. Nikt już nie kontrolował wściekłych duchów, które roztrzaskały bariery i zwracały się jednako przeciw swym dawnym panom, jak i ich wrogom. Trzeci, ostatni rygiel pękł od uderzeń taranów, przy których kolejne trolle ginęły od ciskanych z góry oszczepów, od strzał i magii. Stłoczone przy bramie oddziały naparły na ciężkie skrzydła, a potem runęły z łoskotem przed siebie, stąpając po trupach swych towarzyszy, zabijając wszystkich, którzy stanęli im na drodze. Zbrojni wlewali się do wnętrza kompleksu świątynnego niczym ocean przerywający dziecinną tamę z piasku. Wraz z nimi szli kapłani, których magia zwiększyła jeszcze panujące szaleństwo. Skrwawione upiory były wszędzie, to niknąc, to się pojawiając, atakując w nieoczekiwanych miejscach z morderczą szybkością. Wyładowywały swą tłumioną dotąd wściekłość na wszystkim, co znalazło się w zasięgu ich martwego wzroku, a czarna mgła zasnuła całunem kompleks świątynny i poczęła pełznąć poza jego mury. Wicher, jaki się zerwał, szarpał wojownikami, jak laleczkami wudu, miniaturowe tornada wyrywały postawnych trolli z szyków i ciskały nimi o ściany i dachy, łamiąc kości i kręgosłupy, gruchocząc pancerze i czaszki. Siła owej pozbawionej już jakiejkolwiek kontroli magii była tak potężna, iż ogromne kamienie, z których pobudowano budynki w tej części Zul Gurub, latały w powietrzu, niczym pociski ciskane przez katapulty.
Tym z walczących, którzy wciąż żyli, zdało się, iż ciśnięto ich na samo dno Otchłani. Niewiele widzieli w zapadającym mroku. Zabijały ich rozwścieczone dusze drapieżników i trolli, strzały i ostrza, miażdżyły spadające kamienie. Wiele oddziałów poszło w rozsypkę, walczono na oślep, sojusznicy zabijali sojuszników, niektórzy próbowali uciekać, lecz niewielu się to udało.
Martwa Kolumna parła niewzruszenie naprzód, ku piramidzie, której zarys stawał się coraz mniej wyraźny na tle ciemniejącego nieba. Ich kapłani milczeli, obawiając się, iż nie zdołają w tym miejscu zapanować nad swoją magią, jednak potężne fetysze wojowników chroniły ich przed zemstą martwych. Żywi zaś padali pod ich ciosami, niczym łany zboża, albowiem chaotyczne ataki nawet liczniejszych przeciwników nie mogły zaszkodzić zdyscyplinowanym, zbitym w szyku bojowym trollom. Szli przed siebie, mrużąc oczy, tupiąc głośno w jednym rytmie i pomrukując swoją bojową pieśń.
Mroczny kształt niemal zakończył już swą podróż i dokonał Wcielenia. Wrota niemal się zatrzasnęły. Choć krew niewolników przestała płynąć, teraz płynęła ku niemu posoka walczących na szczycie piramidy gwardzistów i wojowników. Atal’ai nie wznosili już swych modłów, lecz ruszyli do walki, gdyż wiedzieli, iż jeśli zdołają powstrzymać intruzów przez kilka dodatkowych minut, ich pan zapewni im triumfalne zwycięstwo. Jedynie porozmieszczane na obrzeżach platformy pochodnie buchały wciąż płomieniami, wyginając się dziwnie i skwiercząc.
Czarny całun rozrastał się nad miastem. Budynki waliły się pod ciosami coraz liczniejszych dusz, zerwanych z uwięzi martwych już kapłanów. Zul’Gurub ogarniało szaleństwo.
Najemnicy posuwali się schodami bardzo powoli, brodząc we krwi, ślizgając się na szczątkach, zabijając, szarpani magią zdesperowanych Atal’ai. Gdy dotarli wreszcie na szczyt, została ich garstka. Łupieżca Dusz był niemal całkowicie po tej stronie, a jego gorejące oczy spojrzały prosto w jedyne oko Gul’Rabasha. Troll skrzywił się tylko i ryknął tak głośno, iż jego głos przedarł się nawet przez wycie wichury.
- Śmierć! Śmierć Hakkarowi!
- Śmierć Hakkarowi! – odkrzyknęli jego pozostali przy życiu kompani.
Bóg patrzył na nich z bezbrzeżną pogardą, a potem uderzył. Choć jego moc w tym miejscu była wciąż bardzo ograniczona, choć nie przebył jeszcze całej drogi, żaden śmiertelnik nie mógł się przecież z nim mierzyć.
Troll patrzył przez moment, jak sunie ku niemu fala śmierci. Potem zerwał z szyi wielki czarny szpon, wychrypiał imię w przeklętym języku Legionu i cisnął go przed siebie. W chwili, gdy w Martwą Kolumnę uderzyła czarna fala zagłady, zabijając ich wszystkich, z ciemności zrodziła się ciemność jeszcze głębsza. Ogłuszający szum zagrzmiał w samym sercu śmierci, gdyż umierający Gul’Rabash uwolnił duszę Nathrezima.
Czarne, utkane z najgęstszego mroku skrzydła rozpostarły się szeroko nad wierzchołkiem piramidy. NashRukhar, porucznik samego Anetherona, który tysiące lat później miał paść w bitwie pod Górą Hyjal, uniósł rogatą głowę i rozejrzał się wokół siebie. Nie mógł przybrać w pełni materialnej postaci, nie posiadał też pełni swej mocy. Uwięziony przez wiele lat w ciele swego zabójcy i fetyszu, w który zamieniono część jego dawnego ciała, pałał teraz wściekłością i żądzą zemsty. Przede wszystkim jednak pragnął stać się na powrót czymś więcej, niż tym, czym był teraz – namiastką, cząstką siebie. Jedyną szansą na to było odnalezienie drogi powrotnej w Wirującą Czeluść, a najbliższy portal znajdował się tuż obok i właśnie się zamykał. Łupieżca Dusz przedostawał się do Azeroth i jego groza sprawiła, iż nawet rozszalałe dusze uwolnione ze smyczy kapłanów umykały w przerażeniu przez Zul’Gurub, siejąc śmierć i zniszczenie. Duch Nathrezima zrozumiał w jednej chwili co musi zrobić i uczynił to bez wahania. Ciemność runęła w ciemność, mrok starł się z mrokiem, dwie straszliwe siły uderzyły w siebie, niczym zaciekli wojownicy, którzy nie mogąc minąć się w wąskim przejściu, a podążając w przeciwnych kierunkach, rozpocząć muszą krwawą walkę.
Czarne wstęgi wystrzeliły pod niebiosa, a lodowaty huragan, który zerwał się teraz sprawił, iż poprzednia wichura zdawać się mogła jedynie przyjaznym wietrzykiem. Na szczycie piramidy zakotłowały się coraz mniej rozróżnialne kształty, przypominające teraz pulsujące serce ciemności. Ryk tornada i nieludzkie wycie towarzyszące tym zmaganiom słychać było wiele mil od miasta, w samym mieście zaś tym trollom, które były oddalone na tyle, by przetrwać, krew puszczała się z uszu i pogrążali się oni w szaleństwie. Grzmoty magicznych wyładowań poczęły uderzać w piramidę i okoliczne budynki, aż nawet te najmocniejsze, ocalałe dotąd, jeden po drugim zaczęły się walić z ogłuszającym hukiem. Kamienie i zaprawa, szczątki trolli, ziemia i broń wirowały w powietrzu. Armie walczące wewnątrz kompleksu świątynnego skazane były na zagładę. Nikt nie mógł przetrwać tego piekła.
Nathrezim zwyciężał. Hakkar cofał się na powrót w Otchłań, a demon napierał bezlitośnie. Te niezrozumiałe dla śmiertelników zmagania trwały zaledwie kilka minut, lecz tym, którzy przeżyli ów czarny dzień, zdawały się wiecznością. Wreszcie Łupieżca Dusz zrozumiał, iż nie zdoła się przedostać i ustąpił. Rozległ się jeszcze syk uciekającego powietrza, gdy portal zamykał się za NashRukharem, a potem z niebios począł spadać zabójczy deszcz szczątków wyrwanych miastu i jego mieszkańcom.
Tak oto z osobliwego wyroku losu potężny wojownik Płonącego Legionu, wróg rasy trolli i wszelkiego życia, którego serce pożarł niegdyś Gul’Rabash, ocalił owo życie przed zagładą.
………….
Zandalarczyk wciąż patrzył przed siebie. Wydawał się niewzruszony przez cały czas, gdy trwał dramat, który miał przesądzić o losie jego rasy, a być może również całego świata. Stojący z tyłu niewolnicy dawno padli na twarz, wznosząc modły do bóstw, które nie miały najmniejszego zamiaru wysłuchać tak marnych sług. Gwardziści zandalarscy stali bez ruchu, ściskając swe włócznie niczym ochronne fetysze. Ich odwaga poruszyła kapłana, który odetchnął teraz głęboko, patrząc na to, co pozostało z Zul’Gurub.
- Cokolwiek się tam stało, zwyciężyliśmy – rzekł w końcu cicho, jakby do siebie – Chwała martwym bohaterom.
………….
Ruiny świątyń przetrząsano przez wiele dni. Sprowadzono ocalałych Hakkari, którzy pod okiem zandalarskich kapłanów i gwardii przetrząsali dobrze sobie znane miejsca. W rumowisku, jakim stał się kompleks świątynny niełatwo było cokolwiek odnaleźć. Podjęto ciężkie prace, do których jak zawsze użyto niewolników. W ciągu ośmiu dni po wypchnięciu Łupieżcy Dusz z powrotem za bramy Otchłani, odnaleziono i zabezpieczono wszystkie przedmioty. Tylko garstka wtajemniczonych wiedziała co spoczywa w niepozornych, zamkniętych na głucho drewnianych skrzyniach, których dzień i noc strzegli zbrojni.
Pierwszy konwój wyruszył na północ, w niebezpieczną drogę do ojczystych ziem, na które powracali po bitwie, objuczeni łupami Amani, Witherbarkowie, Mossflayerzy i Revantuskowie. Zandalarczycy pragnęli rozpuścić zjednoczone armie jak najprędzej, albowiem dawało się już wyczuwać narastające niesnaski, odzywające się dawne urazy i międzyplemienne zatargi, a także kłótnie o podział łupów.
Zbrojny konwój ruszył przez dżungle Stranglethornu, a w jednym z wozów kapłanów Mossflayerów tkwiła drewniana skrzynia.
Drugą wyprawę odprawiono w niemal kompletnej tajemnicy. Dwa tygodnie po bitwie o Zul’Gurub w małej zatoczce u zachodnich wybrzeżu Stranglethornu zebrała się grupka trolli. Trzy okręty noszące bandery Imperium Gurubashi, lecz obsadzone zandalarską załogą odpłynęły wczesnym rankiem na zachód, ku ziemiom, które od czasu Pęknięcia Świata leżały za ogromnym oceanem. W ładowni jednego z okrętów spoczywała kolejna drewniana skrzynia z tajemniczym ładunkiem, którego najbardziej elitarni z zandalarskich gwardzistów i najpotężniejsi z kapłanów strzegli w dzień i w nocy.
Ten sam wysoki troll, który obserwował bitwę z dachu jednego z najwyższych budynków Zul’Gurub, patrzył teraz, jak okręty oddalają się i znikają za horyzontem. Towarzyszył mu inny, starszy troll, sądząc po szatach również kapłan z plemienia Zandalar.
- Módlmy się, aby nasza decyzja była słuszna – rzekł ów starzec, także wpatrując się w pustą już teraz, spokojną taflę wody. – Módlmy się, aby to co rozdzielone nie zostało połączone, aby to co przeklęte, zostało zapomniane, aby pochłonęły to piaski czasu, aby nikt nigdy nie odczytał słów, które zapisano.
- Z jednej strony – rzekł zimnym głosem drugi kapłan – pragnę, by ich wyprawa się powiodła, gdyż są moimi braćmi. Z drugiej jednak całym sercem chciałbym, by mroczne wiry zatopiły okręty wraz z ich załogami, by tablice spoczęły w morskim grobie, by nikt nigdy ich nie odnalazł. Najbardziej zaś pragnąłbym, by zostały zniszczone.
- Skoro nie jest w naszej mocy ich zniszczyć, ani zatrzeć, musimy je ukryć – odparł spokojnym tonem starzec – Świat jest wielki, nasi bracia rozdzieleni przez bezmiar wód i lądów. Z czasem pamięć się zatrze, zostanie jedynie legenda. Potem, jeśli pozwolą bogowie, nawet i ona umrze. Któż wtedy będzie zdolny do odczytania proroctw i odprawienia rytuałów? Jeśli nasz plan się nie powiedzie, oznaczać to będzie, że nawet i dno oceanu nie byłoby bezpieczne, gdyż przekleństwo ciąży nad nami i światem.
Młodszy kapłan nic na to nie odrzekł, lecz w jego oczach malował się strach, który nie miał go opuścić już nigdy.
………….
Imperia są jak ludzie. Starzeją się, słabną, gorzknieją, wreszcie umierają. Niektóre szybko, z wrzaskiem i w eksplozji wściekłości. Inne giną powoli, ich agonia przedłuża się niemal w nieskończoność, staje się nie do zniesienia, aż wreszcie, pewnego dnia, okazuje się, że śmierć nadeszła niepostrzeżenie i w ciszy.
Imperium Amani upadło z rąk władających magią Kaldorei i ich ludzkich sojuszników. Plemiona trolli poszły w rozsypkę i nigdy już nie powróciły do dawnej chwały i potęgi, gnieżdżąc się w ruinach wspaniałych dawniej budowli i zapominając o swej pełnej chwały i podbojów przeszłości. Gurubashi umierało powoli. Dotknięte zepsuciem i obecnością Hakkara, ulegało powolnemu rozkładowi, pogrążając się w walkach wewnętrznych. Zul’Gurub, zniszczone i nawiedzane duchami ludzi i bestii, nigdy już nie podniosło się po tym, jak Łupieżca Dusz niemal wkroczył do Azeroth. Rasa trolli systematycznie traciła swój prymat nad ziemiami, gdzie niegdyś sprawowała rządy.
Po bitwie o Zul’Gurub ci z Atal’ai, którzy zdołali ujść zagładzie i następujących po nich egzekucjach, zbiegli na dalekie i opuszczone ziemie na północy. Tam, w niegościnnym i ponurym miejscu zwanym Bagnami Smutku, podjęli w ogromnej cierpliwości i mozole wysiłek, który miał trwać dziesiątki lat. Wysiłek, do którego zaprzęgli całą swą kapłańską potęgę, przebiegłość, siłę niewolników i okiełznanych bestii, materiały dostarczone przez pobliskie góry i natchnienie zsyłane przez ich okrutnego boga. Wreszcie w owym wyludnionym miejscu stanęła ogromna Świątynia Atal’Hakkara, gdzie Atal’ai mieli zamiar doprowadzić do końca to, co zaczęli niegdyś w sercu Imperium Gurubashi.
Hakkari, którzy mieli nadzieję znaleźć spokój i odkupienie za swe zbrodnie, nie zaznali ich już nigdy wśród innych trolli. Zul’karash miał rację – nikt nigdy nie obdarzy ponownie zaufaniem zdrajcy, nawet ten, komu jego zdrada się przysłużyła. Szykany zmieniły się w prześladowania, prześladowania w wygnania, konfiskaty, morderstwa, tortury i pogromy, aż wreszcie ci, którzy przetrwali odszukali swych dawnych braci i złożyli im straszliwą ofertę. Zdradzili po raz drugi, lecz tym razem nie czuli winy w swych sercach. Przepełnieni pragnieniem zemsty i żądzą krwi zadecydowali, iż pomogą Atal’ai w sprowadzeniu Hakkara na świat, który w ich mniemaniu nie zasłużył na przetrwanie.
Ukończono budowę świątyni, przygotowania do rytuałów również zostały ukończone. Azeroth nie mogło już liczyć na mądrość i waleczność trolli. Zagłada, której niegdyś zapobieżono, wydawała się teraz kwestią czasu. Wciąż jednak czuwały istoty nieśmiertelne, potężne i mądre, które przemieszczały się wraz z wichrami i nurkowały w obłokach. Zielony smoczy Aspekt, Ysera Śniąca, odkryła plany wyznawców Hakkara. Nim trolle zdołały przyzwać Łupieżcę Dusz, ogromna smoczyca i jej dzieci zwróciły przeciwko nim swój straszliwy gniew. Światynia legła w gruzach i zatonęła w bagnach, a zielone smoki stanęły na jej straży, czuwając cierpliwie na chwilę, gdy ktoś zapragnie wskrzesić uśpioną groźbę.
Czas zacierał pamięć, jak wicher i piasek pustyni zaciera glify na kamiennych tablicach. Pamięć o Hakkarze niemal zaginęła w jego bezkresie. Wciąż jednak wśród plemion trolli, od lodowatego Northrendu po palące pustynie Tanaris, krążyła legenda o mrocznym bogu i echa proroctwa o tym, iż pewnego dnia powróci on na ten świat. A także o tym, że dzień ów stanie się wiecznotrwałą nocą.
Źródło podstawowe: Kolekcja opowiadań.docx. Wydanie robocze: uporządkowany tekst źródłowy i wstępna korekta. Nie dopisano scen ani zakończenia.